Będę szczera - Tajemnice Awnas to kolejny (drugi) blog, którego nie udało mi się dokończyć.
Wy, chyba, też nie byliście zadowoleni z ostatnich rozdziałów. Przyznam, że ten blog zajmował ważne miejsce w moim sercu i nadal będzie zajmował, ale nie dam rady go zakończyć tak jak przypuszczałam.
Powód jest prosty - nie interesuję się już tymi bohaterami. Już od dawna irytowało mnie to, że nie mogę stworzyć własnych postaci, które staną się głównymi bohaterami, że nie mogłam nadać im znaczących imion, wyglądu.
Od jakiegoś czasu zaczęłam wymyślać nowe historie z zupełnie innymi bohaterami i bez wątku romantycznego. Bardzo mi się to spodobało i uznałam, że pora skończyć z Raurą.
Ale jedna rzecz mnie jeszcze przetrzymywała. Chodzi o to, że bez znanych bohaterów nikt nie usłyszy o blogu. Mam jednak nadzieję, że po przerwie wrócę do blogosfery z nową, własną opowieścią. A Wy wrócicie razem ze mną.
Jeżeli chcielibyście poznać zakończenie Awnas w średniej długości streszczeniu, to śmiało piszcie w komentarzach.
Wiem, że to nie odpowiedni czas, ale chciałabym Was zaprosić na mojego innego bloga, w którym jest coś o mnie. Na razie są tam dwie notki, trzecia będzie za niedługo, a taki prawdziwy początek jest planowany na wrzesień, ale serdecznie zapraszam. Na Purpurowym Deszczu możecie się doszukać też odpowiedzi dlaczego piszę tak jak piszę.
Dziękuję za uwagę i, mam nadzieję, do zobaczenia!
wtorek, 30 czerwca 2015
piątek, 5 czerwca 2015
Rozdział 14
Obudziłam się zdyszana. Usiadłam, odgarnęłam włosy ze spoconego czoła i odrzuciłam kołdrę. Pstryknęłam i nad moją głową pojawiła się świecąca kula. Podeszłam do torby i wyciągnęłam z niej butelkę wody. Drżącymi rękoma odkręciłam zakrętkę i upiłam duży łyk. Znowu sięgnęłam do torby. Tym razem po pudełeczko z tabletkami uspokajającymi. Usiadłam na materacu, rozmasowując piekący znak na nadgarstku i połknęłam tabletki.
Od dwóch tygodni, czyli od początku naszej podróży, męczył mnie jeden koszmar - śmierć Iris i Rossa.
W ostatni poniedziałek dowiedzieliśmy się o ucieczce Alberta ze szkoły. Byliśmy pewni, że jeżeli znajdziemy jego, znajdziemy też Shetaniego.
Butelka i tabletki wypadły mi z rąk. Ściemniło się, a do moich uszu dotarł cichy szum.
- Tęskniłaś? - Spojrzałam w czarne jak węgiel oczy.
Nieśmiertelny Elf usiadł obok mnie i chwycił mnie za rękę. Syknęłam z bólu.
- Nie powinno już boleć... - powiedział. Jego palce rozjaśniły się przez chwilę. Poczułam na znaku przyjemny chłód, przynoszący mi ulgę.
- Zaraz zacznę krzyczeć - powiedziałam i wyrwałam swoją rękę.
- Nie mam zielonego pojęcia dlaczego się tak zachowujesz... Przecież ci pomagam. - Na twarzy Shetaniego pojawił się uśmiech.
- Jesteś diabłem, zabiłeś tyle niewinnych osób... - zaczęłam, ale elf odebrał mi mowę.
- A może oni wcale nie byli tacy niewinni? Może to nie ja jestem tym złym? Może to te "niewinnie osoby" wcale nie są takie niewinne? - wstał i zaczął chodzić w kółko z rękoma założonymi na piersi.
Popatrzyłam na niego prosząco, a on znowu się uśmiechnął. Poczułam magię, która przywracała mi głos.
- Nie wierzę ci - powiedziałam. Nieśmiertelny podszedł do mnie i uklęknął przy mnie. Położył zimną rękę na moim policzku.
- Proponuję układ - szepnął.
- Jaki?
- Będę do ciebie codziennie przychodził, przez dziesięć dni, a ty niczego nie powiesz. Nikomu. W zamian odnajdę twojego ojca i przestanę cię męczyć koszmarami.
- Więc to twoja sprawka. Ale skąd... - chciałam zapytać.
- Mam swoje sposoby. Zgadzasz się?
- Nadal ci nie wierzę. I za chwilę naprawdę zacznę krzy...
- Raczej nie - przerwał mi i mnie pocałował. Starałam się wyrwać, ale był zbyt silny. Udało mi się choć odrobinę podnieść, ale popchnął mnie na łóżko i zawisł na mną, nadal mnie całując. Traciłam siły, nie mogłam się chociaż próbować bronić. W pewnym momencie zrobiło mi się ciemno przed oczami i już nic nie pamiętam.
Reszta nocy minęła mi spokojnie, pewnie Shetani uznał, że zgadzam się na układ.
Kiedy wstałam, było już po świcie. Wyszłam z namiotu z ręcznikiem i ubraniami na przebranie. Przywitałam się z Rossem, który chował magiczne namioty do pudełka po zapałkach. Po drodze spotkałam się jeszcze z Iris, która robiła coś na śniadanie. Mieliśmy ruszyć za śladami Alberta, który ciągle był krok przed nami.
W ciągu dwóch tygodni, opuściliśmy śnieżne części, które były specjalnie przygotowane, aby nowi uczniowie czuli się dobrze w nowym miejscu. Byliśmy daleko, tam, gdzie trwało gorące lato.
Wyszłam z lasu i znalazłam przepiękne jezioro przy jakiejś górze zarośniętej roślinami.
Rozejrzałam się i skinęłam palcem. Pojawił się przy mnie głaz, na który rzuciłam ubrania. Ruszyłam ręką i ze wszystkich stron ukrył mnie ręcznik. Rozebrałam się i powoli weszłam do wody. Zanurkowałam i obejrzałam podwodny świat. Na wschód znalazłam podwodną jaskinię.
Wynurzyłam się i zaczęłam płynąć w jej stronę. Zaczerpnęłam powietrza i wpłynęłam do jaskini.
Nie było trudno, ale kiedy zaczynałam się wynurzać, zabrakło mi tchu.
Kiedy moja głowa znalazła się nad taflą wody, zaczęłam głęboko oddychać.
Było ciemno, wręcz czarno. Nic nie widziałam, Pstryknęłam palcami i na wysepce na środku wody pojawiły się świece. Dopłynęłam do wyspy i przytrzymałam jej się przez chwilę. Kolejne pstryknięcie i na wyspie pojawiły się moje rzeczy. Byłam spokojna, wiedziałam, że nikt mnie tu nie zobaczy.
- Mam wyczucie - usłyszałam za sobą. Rozejrzałam się i otworzyłam usta ze zdziwienia. Na wysepce siedział Shetani. Zaśmiał się.
- Chyba mogę się przyłączyć? - zapytał.
- Nie, ja już kończę - powiedziałam wystraszona.
- A nie miałaś się wykąpać?
Westchnęłam i pstryknęłam palcami.
- Tylko jest taka jedna sprawa... Chyba zgubiły się twoje ciuchy.
- Nie ma problemu, przywołam je - powiedziałam z uśmiechem.
- A jednak jest problem. Musiał to zrobić ktoś naprawdę rozwinięty magicznie. Nie dasz rady.
- W takim razie je wyczaruję.
- Ale to będzie tylko iluzja. A ktoś naprawdę rozwinięty magicznie widzi przez iluzję.
- Więc mam nadzieję, że ten ktoś będzie patrzeć gdzieś indziej.
- Ten ktoś spróbuje, ale niczego nie obiecuje. Jest jeszcze wcześnie, zjesz coś? - zapytał Nieśmiertelny.
- Może wieczorem, zgodnie z układem - stwierdziłam.
- Nasz układ nie mówił ile razy dziennie mogę się z tobą spotykać. Do zobaczenia.
- Zaczekaj! - krzyknęłam, kiedy zobaczyłam, że zamienia się w dym.
- Tak?
- Czemu mnie wczoraj całowałeś?
- To o wiele przyjemniejszy sposób na rzucanie Uroku. Może kiedyś spróbujesz.
Od dwóch tygodni, czyli od początku naszej podróży, męczył mnie jeden koszmar - śmierć Iris i Rossa.
W ostatni poniedziałek dowiedzieliśmy się o ucieczce Alberta ze szkoły. Byliśmy pewni, że jeżeli znajdziemy jego, znajdziemy też Shetaniego.
Butelka i tabletki wypadły mi z rąk. Ściemniło się, a do moich uszu dotarł cichy szum.
- Tęskniłaś? - Spojrzałam w czarne jak węgiel oczy.
Nieśmiertelny Elf usiadł obok mnie i chwycił mnie za rękę. Syknęłam z bólu.
- Nie powinno już boleć... - powiedział. Jego palce rozjaśniły się przez chwilę. Poczułam na znaku przyjemny chłód, przynoszący mi ulgę.
- Zaraz zacznę krzyczeć - powiedziałam i wyrwałam swoją rękę.
- Nie mam zielonego pojęcia dlaczego się tak zachowujesz... Przecież ci pomagam. - Na twarzy Shetaniego pojawił się uśmiech.
- Jesteś diabłem, zabiłeś tyle niewinnych osób... - zaczęłam, ale elf odebrał mi mowę.
- A może oni wcale nie byli tacy niewinni? Może to nie ja jestem tym złym? Może to te "niewinnie osoby" wcale nie są takie niewinne? - wstał i zaczął chodzić w kółko z rękoma założonymi na piersi.
Popatrzyłam na niego prosząco, a on znowu się uśmiechnął. Poczułam magię, która przywracała mi głos.
- Nie wierzę ci - powiedziałam. Nieśmiertelny podszedł do mnie i uklęknął przy mnie. Położył zimną rękę na moim policzku.
- Proponuję układ - szepnął.
- Jaki?
- Będę do ciebie codziennie przychodził, przez dziesięć dni, a ty niczego nie powiesz. Nikomu. W zamian odnajdę twojego ojca i przestanę cię męczyć koszmarami.
- Więc to twoja sprawka. Ale skąd... - chciałam zapytać.
- Mam swoje sposoby. Zgadzasz się?
- Nadal ci nie wierzę. I za chwilę naprawdę zacznę krzy...
- Raczej nie - przerwał mi i mnie pocałował. Starałam się wyrwać, ale był zbyt silny. Udało mi się choć odrobinę podnieść, ale popchnął mnie na łóżko i zawisł na mną, nadal mnie całując. Traciłam siły, nie mogłam się chociaż próbować bronić. W pewnym momencie zrobiło mi się ciemno przed oczami i już nic nie pamiętam.
Reszta nocy minęła mi spokojnie, pewnie Shetani uznał, że zgadzam się na układ.
Kiedy wstałam, było już po świcie. Wyszłam z namiotu z ręcznikiem i ubraniami na przebranie. Przywitałam się z Rossem, który chował magiczne namioty do pudełka po zapałkach. Po drodze spotkałam się jeszcze z Iris, która robiła coś na śniadanie. Mieliśmy ruszyć za śladami Alberta, który ciągle był krok przed nami.
W ciągu dwóch tygodni, opuściliśmy śnieżne części, które były specjalnie przygotowane, aby nowi uczniowie czuli się dobrze w nowym miejscu. Byliśmy daleko, tam, gdzie trwało gorące lato.
Wyszłam z lasu i znalazłam przepiękne jezioro przy jakiejś górze zarośniętej roślinami.
Rozejrzałam się i skinęłam palcem. Pojawił się przy mnie głaz, na który rzuciłam ubrania. Ruszyłam ręką i ze wszystkich stron ukrył mnie ręcznik. Rozebrałam się i powoli weszłam do wody. Zanurkowałam i obejrzałam podwodny świat. Na wschód znalazłam podwodną jaskinię.
Wynurzyłam się i zaczęłam płynąć w jej stronę. Zaczerpnęłam powietrza i wpłynęłam do jaskini.
Nie było trudno, ale kiedy zaczynałam się wynurzać, zabrakło mi tchu.
Kiedy moja głowa znalazła się nad taflą wody, zaczęłam głęboko oddychać.
Było ciemno, wręcz czarno. Nic nie widziałam, Pstryknęłam palcami i na wysepce na środku wody pojawiły się świece. Dopłynęłam do wyspy i przytrzymałam jej się przez chwilę. Kolejne pstryknięcie i na wyspie pojawiły się moje rzeczy. Byłam spokojna, wiedziałam, że nikt mnie tu nie zobaczy.
- Mam wyczucie - usłyszałam za sobą. Rozejrzałam się i otworzyłam usta ze zdziwienia. Na wysepce siedział Shetani. Zaśmiał się.
- Chyba mogę się przyłączyć? - zapytał.
- Nie, ja już kończę - powiedziałam wystraszona.
- A nie miałaś się wykąpać?
Westchnęłam i pstryknęłam palcami.
- Tylko jest taka jedna sprawa... Chyba zgubiły się twoje ciuchy.
- Nie ma problemu, przywołam je - powiedziałam z uśmiechem.
- A jednak jest problem. Musiał to zrobić ktoś naprawdę rozwinięty magicznie. Nie dasz rady.
- W takim razie je wyczaruję.
- Ale to będzie tylko iluzja. A ktoś naprawdę rozwinięty magicznie widzi przez iluzję.
- Więc mam nadzieję, że ten ktoś będzie patrzeć gdzieś indziej.
- Ten ktoś spróbuje, ale niczego nie obiecuje. Jest jeszcze wcześnie, zjesz coś? - zapytał Nieśmiertelny.
- Może wieczorem, zgodnie z układem - stwierdziłam.
- Nasz układ nie mówił ile razy dziennie mogę się z tobą spotykać. Do zobaczenia.
- Zaczekaj! - krzyknęłam, kiedy zobaczyłam, że zamienia się w dym.
- Tak?
- Czemu mnie wczoraj całowałeś?
- To o wiele przyjemniejszy sposób na rzucanie Uroku. Może kiedyś spróbujesz.
~*~
Bardzo przepraszam, że tak dawno mnie nie było i pewnie jeszcze przez jakiś czas nie będzie.
Tajemnice Awnas są coraz bliżej zakończenia, a ja chcę wystartować z czymś nowym. Postaram się napisać jakieś rozdziały do przodu i wtedy zacznę pracę nad nowym blogiem, który najprawdopodobniej będzie też o Raurze. Mam nadzieję, że przy epilogu Awnas dodam link z tym blogiem.
sobota, 18 kwietnia 2015
Rozdział 13
- Że co? - zapytał Ross.
- To Albert zabił pielęgniarkę i bibliotekarkę. Był pod wpływem Shetaniego.
- On nawet nie istnieje - prychnął chłopak. Spojrzałam na Iris z nadzieją, że przemówi mu do rozumu.
- Myślę, że Laura ma rację. Jak inaczej można wytłumaczyć to, że zmienia mu się kolor oczu.
- Kąt padania lub rodzaj światła?
- Z zielonych na złote - tak, to na pewno zależy od światła. - Wzięłam od Iris książkę i przewróciłam kilka kartek.
- Będziecie mi to udowadniać? - zapytał Ross, widząc, że czegoś szukam.
- Tak. Słuchajcie. W magicznej strefie do walki używa się Uroku. Pozwala on stworzyć broń lub walczyć bezpośrednio magią. Można też dzięki niemu przejąć kontrolę nad ludźmi, elfami lub innymi stworzeniami. Aby to zrobić należy przez setki lat ćwiczyć. Setki lat, rozumiecie? Jedynie my potrafimy władać Urokiem, ale nie jesteśmy nieśmiertelni. Żyjemy tak długo jak ludzie. Tylko Shetani mógł się tego nauczyć.
- Może masz rację… Chodźmy już stąd - zaproponował chłopak. Wstali i ruszyli w stronę wyjścia.
- Zaraz was dogonię. Muszę tylko coś zrobić.
- Dobrze, ale masz na siebie uważać - powiedział Ross. Patrzyłam jak oddalają się ode mnie, a kiedy byli wystarczająco daleko, otworzyłam Kodeks. Przeszukałam kilka kartek i wreszcie znalazłam stronę z rysunkami i podpisami. Podwinęłam rękaw i odkryłam tajemniczy znak. Szukałam takiego samego na obrazkach. Znalazłam dokładnie taki sam - czarny okrąg, a wewnątrz niego ogień.
- Znak Shetaniego - przeczytałam w myślach. - Oznacza poddanie się woli Nieśmiertelnego Elfa. Zostaje naniesiony na skórę po przejęciu przez Shetaniego ciała ofiary. Na początku XVIII wieku zaczęto dobrowolnie wykonywać taki wzór przez grupy chcące pokazać swoją wiarę w Shetaniego w sposób widoczny dla wszystkich.
Przestraszona odrzuciłam od siebie książkę. To było niemożliwe...
niedziela, 12 kwietnia 2015
Rozdział 12
Rozdział 12
- To książka bez autora… - powiedziała Iris i otworzyła księgę.
- Może wyjdziemy? Tu jest dziwnie - zapytałam. Nie chciałam znowu spotkać tamtego mężczyzny.
Wyszliśmy do głównej biblioteki i usiedliśmy przy ścianie.
- Czytaj - powiedział Ross do Iris. Dziewczyna otworzyła książkę w czarnej oprawie na pierwszej stronie.
- Akt pierwszy… - zaczęła.
- Akt? To kodeks! - prawie wykrzyknęłam.
- Na to wychodzi - powiedział Ross i uśmiechnął się do mnie.
- Akt pierwszy. W tysięcznym roku naszej ery ludzie zdali sobie sprawę jak ważna jest natura. Dwie kobiety i dwóch mężczyzn, w trakcie wycieczki na najbliższy niebu szczyt, zostali oświeceni przez Matkę Naturę. Znaleźli najpiękniejszy krajobraz świata, a Pani Przyrody dała im moc opanowania Uroku. Przyjęli dar, a kiedy nadarzyła się okazja, aby stworzyć krainę tylko dla nich użyli Uroku i w ciągu czterech dni powstało Awnas.
Iris przestała czytać.
- Co się stało? - zapytałam.
- To jest niemożliwe…
- Co jest niemożliwe? Iris?
Dziewczyna westchnęła i pokazała nam miejsce, w którym skończyła. Tutaj powinien się skończyć Pierwszy Akt, ale on trwał dalej.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że wszystko czego się nauczyliśmy to kłamstwo. W każdym domu jest poprawiony Kodeks, w którym nie ma kilku fragmentów - powiedziałam i spojrzałam na Iris. Kiwnęła głową i wróciła do czytania.
- Gdy Pierwsze Elfy przeprowadziły się do nowostworzonej krainy postanowiły, że podzielą się nią z ludźmi. Przeciwny temu był jeden z nich - Shetani. Chciał zatrzymać krainę tylko dla siebie. Nie chciał, żeby ktoś poznał ich sekrety. Gdy Cordis, Tausi i Ebon nie pozwolili mu na to, zakradł się do ich komnat i zabił dwunastoma pchnięciami sztyletem.
- Koniec?
- To tylko początek. Akt Drugi. Shetani rósł w siłę, w końcu stał się nieśmiertelny. Nie wiedział co ma robić w Awnas samotnie. Coraz częściej wracał do świata ludzi, gdzie została jego rodzina. Widział jak się starzeją, a swojego syna, który uzyskał dzięki niemu władzę nad Urokiem, posłał do jednej z rodzin. Matka Natura, która starała się podarować Awnas innym dała moc ludziom bardzo związanym z przyrodą. Starali się zabić Shetaniego, ale udało im się tylko go osłabić. To ci ludzie zapoczątkowali istnienie Elfów, które do dzisiaj zamieszkują Awnas, ale wśród nich żyją potomkowie jedynego ocalałego Pierwszego Elfa. Różnią się od reszty, ale niewiele.
- Przodkiem Alberta jest Shetani... - wymruczałam pod nosem.
- Co?
- Skoro nie istnieją mieszańcy to on musi być potomkiem Shetaniego.
- Wymyślasz, Laura. Każdy wie, że kiedy Elf zwiąże się z człowiekiem mamy mieszańca - zaśmiał się Ross. Przyjrzałam się mu.
- Skoro tak, to dlaczego nic o tym nie pisze w Kodeksie?
- To książka bez autora… - powiedziała Iris i otworzyła księgę.
- Może wyjdziemy? Tu jest dziwnie - zapytałam. Nie chciałam znowu spotkać tamtego mężczyzny.
Wyszliśmy do głównej biblioteki i usiedliśmy przy ścianie.
- Czytaj - powiedział Ross do Iris. Dziewczyna otworzyła książkę w czarnej oprawie na pierwszej stronie.
- Akt pierwszy… - zaczęła.
- Akt? To kodeks! - prawie wykrzyknęłam.
- Na to wychodzi - powiedział Ross i uśmiechnął się do mnie.
- Akt pierwszy. W tysięcznym roku naszej ery ludzie zdali sobie sprawę jak ważna jest natura. Dwie kobiety i dwóch mężczyzn, w trakcie wycieczki na najbliższy niebu szczyt, zostali oświeceni przez Matkę Naturę. Znaleźli najpiękniejszy krajobraz świata, a Pani Przyrody dała im moc opanowania Uroku. Przyjęli dar, a kiedy nadarzyła się okazja, aby stworzyć krainę tylko dla nich użyli Uroku i w ciągu czterech dni powstało Awnas.
Iris przestała czytać.
- Co się stało? - zapytałam.
- To jest niemożliwe…
- Co jest niemożliwe? Iris?
Dziewczyna westchnęła i pokazała nam miejsce, w którym skończyła. Tutaj powinien się skończyć Pierwszy Akt, ale on trwał dalej.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że wszystko czego się nauczyliśmy to kłamstwo. W każdym domu jest poprawiony Kodeks, w którym nie ma kilku fragmentów - powiedziałam i spojrzałam na Iris. Kiwnęła głową i wróciła do czytania.
- Gdy Pierwsze Elfy przeprowadziły się do nowostworzonej krainy postanowiły, że podzielą się nią z ludźmi. Przeciwny temu był jeden z nich - Shetani. Chciał zatrzymać krainę tylko dla siebie. Nie chciał, żeby ktoś poznał ich sekrety. Gdy Cordis, Tausi i Ebon nie pozwolili mu na to, zakradł się do ich komnat i zabił dwunastoma pchnięciami sztyletem.
- Koniec?
- To tylko początek. Akt Drugi. Shetani rósł w siłę, w końcu stał się nieśmiertelny. Nie wiedział co ma robić w Awnas samotnie. Coraz częściej wracał do świata ludzi, gdzie została jego rodzina. Widział jak się starzeją, a swojego syna, który uzyskał dzięki niemu władzę nad Urokiem, posłał do jednej z rodzin. Matka Natura, która starała się podarować Awnas innym dała moc ludziom bardzo związanym z przyrodą. Starali się zabić Shetaniego, ale udało im się tylko go osłabić. To ci ludzie zapoczątkowali istnienie Elfów, które do dzisiaj zamieszkują Awnas, ale wśród nich żyją potomkowie jedynego ocalałego Pierwszego Elfa. Różnią się od reszty, ale niewiele.
- Przodkiem Alberta jest Shetani... - wymruczałam pod nosem.
- Co?
- Skoro nie istnieją mieszańcy to on musi być potomkiem Shetaniego.
- Wymyślasz, Laura. Każdy wie, że kiedy Elf zwiąże się z człowiekiem mamy mieszańca - zaśmiał się Ross. Przyjrzałam się mu.
- Skoro tak, to dlaczego nic o tym nie pisze w Kodeksie?
- Na pewno zaraz będzie. Prawda? - spojrzał na Iris.
- Raczej nie. Akt Trzeci. Shetani nauczył się panować nad Urokiem w sposób idealny. Potrafi pojawić się i zniknąć w odpowiednim czasie, może zmieniać postać i umie kontrolować innych. Żeby zobaczyć kto jest jego ofiarą należy spojrzeć w oczy osobie, którą może manipulować - będzie mieć złote oczy.
- Albert - szepnęłam.
wtorek, 7 kwietnia 2015
Rozdział 11
Rozdział 11
Ale szukanie wcale nie było takie łatwe. Rozdzieliliśmy się i każde z nas poszło w inną stronę.
Chodziłam między regałami, kiedy zobaczyłam drzwi. Podeszłam do nich. Starałam się je otworzyć, ale były zamknięte, pewnie na klucz.
Dawno temu, mój tata pokazał mi coś ciekawego. Nigdy nie było mi to potrzebne, ale za jego namową zawsze miałam coś przydatnego. Sięgnęłam ręką do kieszeni spodni i wyciągnęłam pensetę. Przez minutę manewrowałam przy zamku, aż w środku zgrzytnęło. Nacisnęłam klamkę, a drzwi ustąpiły. Weszłam do ciemnego pomieszczenia.
Skup się, Laura, pomyślałam i zamknęłam oczy.
Wyobraziłam sobie światło. Światło tak bardzo podobne do tego, które daje nam Słońce. Otworzyłam oczy, ale nadal było ciemno.
Spróbowałam jeszcze raz, i jeszcze raz, ale wszystkie próby nie przynosiły skutku.
Przecież to moja wyobraźnia!
Spróbowałam znowu, pewna, że gdy otworzę oczy będzie jasno. I było.
Rozglądnęłam się po dobrze oświetlonym pokoju. Przede mną stała szklana gablota z książką w środku.
Podeszłam do niej i przyjrzałam się okładce. Uśmiechnęłam się i wybiegłam do centralnej części biblioteki.
- Iris! Ross! Znalazłam! - krzyczałam.
Nie odpowiadali, więc poszłam na ich poszukiwanie. Snułam się pomiędzy regałami.
Chciałam postawić następny krok, ale zobaczyłam na jasnych płytkach coś czerwonego. Strużka krwi płynęła w moją stronę.
- Iris! Ross! - krzyknęłam i pobiegłam przed siebie. Zobaczyłam ich ciała. Zabito ich tak jak bibliotekarkę i pielęgniarkę - dwunastoma pchnięciami nożem lub sztyletem. Nie wiem.
Osunęłam się na podłogę i zaczęłam płakać.
Otworzyłam oczy. Siedziałam na podłodze w pokoju z gablotką. Nie wiedziałam jak się tu dostałam.
- Jesteś odważna - usłyszałam. Spanikowana rozejrzałam się po pomieszczeniu. Kilkadziesiąt centymetrów ode mnie zauważyłam czarny dym.
- Czym jesteś? - zapytałam.
- Raczej kim - zaśmiał się głos i przede mną pojawił się młody mężczyzna. Miał czarne włosy i oliwkową skórę, ale coś w jego wyglądzie mnie niepokoiło. Poza tym zjawił się w magiczny sposób.
- W takim razie: kim jesteś?
Spojrzał na mnie. Miał czarne oczy.
- Widzisz, Lauro... Jesteśmy do siebie niesamowicie podobni. - Uśmiechnął się pokazując rząd białych zębów. Był zbyt idealny, by żyć naprawdę. - Oboje jesteśmy związani.
- Związani? W jakim sensie?
- Zostałaś naznaczona. To skutek uboczny. - Uchylił rękaw czarnej bluzy, pokazując mi ten sam znak, który mam na swojej ręce. W tym samym miejscu.
- Jeżeli coś powiesz o naszym spotkaniu, twoich przyjaciół czeka to co widziałaś. A to mi nie umknie.
Znikł, pozostawiając po sobie czarny dym, który po chwili się rozmył.
Wstałam z podłogi i wyszłam z pokoju.
- Znalazłam coś! - krzyknęłam. Ku mojej uldze Ross i Iris zjawili się prawie natychmiast.
Podeszliśmy we trójkę do gabloty, a kiedy Iris przyglądała się książce, chwyciła Rossa za rękę.
Spojrzał na nasze złączone dłonie i uśmiechnął się dosyć nieśmiało.
- To chyba to - powiedziała Isia i podniosła szybę. Spodziewałam się jakiegoś alarmu, ale jego brak był dla nas zbawieniem.
~~*~~*~~
Tym razem Verini nie sprawdzała rozdziału, więc mam nadzieję, że nie jest bardzo źle.
Dziękuję za komentarze od Karcii Lynch, Raury na zawsze i ponczka54.
niedziela, 29 marca 2015
Rozdział 10 cz. 2
Iris i Ross stanęli koło mnie. Przykucnęłam i złapałam obraz. Z pomocą Lyncha przesunęłam wielkie malowidło. Pod nim znajdowała się drewniana klapa. Złapałam za uchwyt i pociągnęłam ją do siebie. Nie ustąpiła, a ja wylądowałam na blondynie. Jak najszybciej się od niego odsunęłam i strzepnęłam z siebie nieistniejący brud.
Iris wyciągnęła z kieszeni klucz, który skopiowała od oryginału nauczyciela. Włożyła go w zamek i razem otworzyłyśmy klapę. Spojrzałam w dół. W dziurze było ciemno, ale zdołałam zauważyć drabinę.
- Pójdę pierwsza - wypaliłam i zrobiłam krok. Ross złapał mnie za rękę i pociągnął do siebie. Wylądowałam twarzą do niego. Byliśmy niebezpiecznie blisko siebie. Ross nachylił się do mojego ucha.
- Oboje wiemy, że cię tam nie puszczę - szepnął. Przez moje plecy przeszedł dreszcz. Wyrwałam się z jego uścisku.
- To nawet lepiej jeśli pójdziesz pierwszy. Może cię coś zje.
Uśmiechnął się do mnie drwiąco i podszedł do klapy. Po chwili nie było go widać.
- Podobasz mu się. - Iris dała mi kuksańca z wielkim bananem na twarzy.
- Ale on mi nie - stwierdziłam.
- Och, sama się oszukujesz. Myślę, że gdybyś go bliżej poznała mogłabyś się w nim zakochać.
- Nonsens!
- Tak? A może zakład?
- Zależy jaki - powiedziałam.
- Weźmiemy go ze sobą na wyprawę. Jeśli będziesz z nim dopóki się nie skończy to... - mówiła cicho.
- To?
- Pomogę ci w czym będziesz chciała.
Ten pomysł wcale nie był taki zły.
- Łatwe. Jak wygram to pomożesz mi w odnalezieniu ojca. - Taka okazja mogła się już nie powtórzyć. Iris spojrzała na mnie zdziwiona. - Opowiem ci o tym jak wygram.
- Ale jeśli przegrasz...
- Właśnie - jeśli przegram.
- Jeszcze coś wymyślę.
- Idziecie czy nie? - Usłyszałyśmy.
Spoglądnęłam kątem oka na przyjaciółkę i uśmiechnęłam się w duchu.
- Już idziemy! - krzyknęłam i podeszłam do dziury w podłodze. Położyłam stopę na szczeblu drabiny i zaczęłam powoli schodzić. Chwyciłam się mocno drabiny.
Nie patrz w dół. Tylko nie patrz w dół.
Zamrugałam oczami kilka razy i popatrzyłam pod siebie. Było ciemno, ale zauważyłam zarys postaci Rossa. Zakręciło mi się w głowie. Poluźniłam uścisk dłoni, którymi trzymałam drabinę. Spróbowałam postawić nogę na niższym szczeblu. Rozglądnęłam się. Nie wiedziałam co się dzieje, nie myślałam logicznie. Puściłam się.
Krzyknęłam, gdy zaczęłam spadać.
Zamknęłam oczy.
- Laura, co się dzieje?
Zamrugałam i uśmiechnęłam się na widok Rossa. Pewnie mnie złapał.
- Cześć, Ross. Wiesz, że jesteś bardzo fajny?
- Lau, co ci się stało? Źle się czujesz? - zapytał zmartwiony.
Spojrzałam mu prosto w oczy. Wyciągnęłam rękę i położyłam mu ją na policzku.
Zasnęłam.
Syknęłam, gdy się obudziłam. Otworzyłam oczy i chwyciłam się za rękę. Przeniosłam wzrok na nią i zobaczyłam czarny znak na wewnętrznej stronie nadgarstka. Dotknęłam go i jęknęłam. Ból przeszywał całe moje ciało.
- Ross, Laura się obudziła!
Usłyszałam głos Iris, który zdawał się dobiegać z daleka. Zmrużyłam oczy. Iris podbiegała do mnie. Była otoczona jakby blaskiem.
- Zobacz, jesteśmy w bibliotece - powiedziała kucając koło mnie.
Zamrugałam kilka razy i odzyskałam ostrość widzenia.
Siedziałam w kącie jasnego pomieszczenia. Regały z książkami były tak duże, że sięgały do sufitu.
Wstałam i podeszłam do Rossa, który stał przy jednym z biurek.
- Co się stało?
- Po prostu spadłaś...
- Ale kiedy zeszłam i znaleźliśmy bibliotekę zobaczyłam, że masz coś na ręce.
Mimowolnie spojrzałam na rękę.
- A znaleźliście książkę bez autora?
- Iris mi o tym mówiła. Jeszcze nie - powiedział Ross i usiadł na krześle.
- Zacznijmy szukać.
~~*~~*~~
Przepraszam, że tak krótko, ale znowu musiałam zatrzymać.
Od dzisiaj rozdziały będą krótsze, ale częściej dodawane.
Iris wyciągnęła z kieszeni klucz, który skopiowała od oryginału nauczyciela. Włożyła go w zamek i razem otworzyłyśmy klapę. Spojrzałam w dół. W dziurze było ciemno, ale zdołałam zauważyć drabinę.
- Pójdę pierwsza - wypaliłam i zrobiłam krok. Ross złapał mnie za rękę i pociągnął do siebie. Wylądowałam twarzą do niego. Byliśmy niebezpiecznie blisko siebie. Ross nachylił się do mojego ucha.
- Oboje wiemy, że cię tam nie puszczę - szepnął. Przez moje plecy przeszedł dreszcz. Wyrwałam się z jego uścisku.
- To nawet lepiej jeśli pójdziesz pierwszy. Może cię coś zje.
Uśmiechnął się do mnie drwiąco i podszedł do klapy. Po chwili nie było go widać.
- Podobasz mu się. - Iris dała mi kuksańca z wielkim bananem na twarzy.
- Ale on mi nie - stwierdziłam.
- Och, sama się oszukujesz. Myślę, że gdybyś go bliżej poznała mogłabyś się w nim zakochać.
- Nonsens!
- Tak? A może zakład?
- Zależy jaki - powiedziałam.
- Weźmiemy go ze sobą na wyprawę. Jeśli będziesz z nim dopóki się nie skończy to... - mówiła cicho.
- To?
- Pomogę ci w czym będziesz chciała.
Ten pomysł wcale nie był taki zły.
- Łatwe. Jak wygram to pomożesz mi w odnalezieniu ojca. - Taka okazja mogła się już nie powtórzyć. Iris spojrzała na mnie zdziwiona. - Opowiem ci o tym jak wygram.
- Ale jeśli przegrasz...
- Właśnie - jeśli przegram.
- Jeszcze coś wymyślę.
- Idziecie czy nie? - Usłyszałyśmy.
Spoglądnęłam kątem oka na przyjaciółkę i uśmiechnęłam się w duchu.
- Już idziemy! - krzyknęłam i podeszłam do dziury w podłodze. Położyłam stopę na szczeblu drabiny i zaczęłam powoli schodzić. Chwyciłam się mocno drabiny.
Nie patrz w dół. Tylko nie patrz w dół.
Zamrugałam oczami kilka razy i popatrzyłam pod siebie. Było ciemno, ale zauważyłam zarys postaci Rossa. Zakręciło mi się w głowie. Poluźniłam uścisk dłoni, którymi trzymałam drabinę. Spróbowałam postawić nogę na niższym szczeblu. Rozglądnęłam się. Nie wiedziałam co się dzieje, nie myślałam logicznie. Puściłam się.
Krzyknęłam, gdy zaczęłam spadać.
Zamknęłam oczy.
- Laura, co się dzieje?
Zamrugałam i uśmiechnęłam się na widok Rossa. Pewnie mnie złapał.
- Cześć, Ross. Wiesz, że jesteś bardzo fajny?
- Lau, co ci się stało? Źle się czujesz? - zapytał zmartwiony.
Spojrzałam mu prosto w oczy. Wyciągnęłam rękę i położyłam mu ją na policzku.
Zasnęłam.
Syknęłam, gdy się obudziłam. Otworzyłam oczy i chwyciłam się za rękę. Przeniosłam wzrok na nią i zobaczyłam czarny znak na wewnętrznej stronie nadgarstka. Dotknęłam go i jęknęłam. Ból przeszywał całe moje ciało.
- Ross, Laura się obudziła!
Usłyszałam głos Iris, który zdawał się dobiegać z daleka. Zmrużyłam oczy. Iris podbiegała do mnie. Była otoczona jakby blaskiem.
- Zobacz, jesteśmy w bibliotece - powiedziała kucając koło mnie.
Zamrugałam kilka razy i odzyskałam ostrość widzenia.
Siedziałam w kącie jasnego pomieszczenia. Regały z książkami były tak duże, że sięgały do sufitu.
Wstałam i podeszłam do Rossa, który stał przy jednym z biurek.
- Co się stało?
- Po prostu spadłaś...
- Ale kiedy zeszłam i znaleźliśmy bibliotekę zobaczyłam, że masz coś na ręce.
Mimowolnie spojrzałam na rękę.
- A znaleźliście książkę bez autora?
- Iris mi o tym mówiła. Jeszcze nie - powiedział Ross i usiadł na krześle.
- Zacznijmy szukać.
~~*~~*~~
Przepraszam, że tak krótko, ale znowu musiałam zatrzymać.
Od dzisiaj rozdziały będą krótsze, ale częściej dodawane.
wtorek, 17 marca 2015
Rozdział 10 cz. 1
Następnego dnia było wolne - miało tak być już do końca tygodnia z powodu tajemniczych zabójstw.
Po południu leżałam na swoim łóżku czytając książkę, którą pożyczyłam od Iris. Nie było jej w pokoju, ponieważ wyszła na spotkanie z Calumem.
Przewróciłam kolejną kartkę i usłyszałam trzask. Obróciłam głowę w stronę wejścia. Zobaczyłam obładowaną rzeczami przyjaciółkę.
- Przepraszam cię, Laura. Przyniosłam kilka rzeczy - powiedziała i zrzuciła wszystko co miała w rękach na swoje łóżko.
- Co to jest? - zapytałam.
- Pożyczyłam od Caluma.
- No tak, ale czemu?
- Dzisiaj szukamy podziemnej biblioteki. Musimy się przygotować. - Dziewczyna podeszła do składowiska rzeczy i rozkopała je jeszcze bardziej.
Przyjrzałam się krytycznie przedmiotom. Zauważyłam wśród nich latarkę, śpiwór, plecak i torbę.
- Jaka część z tego wszystkiego jest ci potrzebna?
- Wszystko!
Spojrzałam na nią nie dowierzając.
- Czemu?
- Albert uciekł ze szkoły. To znaczy, że może mieć coś wspólnego z zabójstwami.
- A my co mamy zrobić?
- Znaleźć go.
Te dwa słowa mnie poraziły. Miałam uciekać ze szkoły po to, żeby sprawdzić czy przypuszczenia Iris są słuszne?
- Na razie w nic nie wchodzę. Jeśli się czegoś dowiemy w bibliotece to
- To świetnie! Pomożesz mi to schować?
Uchyliłam lekko drzwi i rozglądnęłam się po korytarzu. Wyszłam, a za mną Iris. Chociaż było już ciemno, nie świeciłam lamp. Usłyszałam huk. Odwróciłam się i zobaczyłam pęknięty wazon z kwiatami.
- Przepraszam - szepnęła Iris.
- Rób dokładnie to co ja.
Byłam świetna w skradaniu się. Przychodziło mi to łatwo, bo byłam niska i lekka. Stąpałam spokojnie i cicho. Co innego Iris, która chociaż była szczupła, była też wysoka, co utrudniało jej skrywanie się. Tupała idąc.
Zeszłyśmy po schodach do drzwi wyjściowych od budynku Juniorów. Otworzyłam drzwi wpuszczając zimny wiatr do środka. Przebiegłyśmy odległość między zamkiem a pokojami uczniów. Weszłyśmy, zatrzaskując drzwi. W ciemności z trudem odnalazłam drogę do lochów. Przyglądałyśmy się ścianom w poszukiwaniu obrazu.
- Ałć! - usłyszałam. Odwróciłam się w stronę Iris.
- Tym razem to nie ja robię hałas.
Westchnęłam cicho. Skoro nie mogę dowiedzieć się kto to był to czemu mam szukać? Mam przerywać poszukiwania obrazu?
- Zobacz to! - Iris przywołała mnie do siebie. Stanęłyśmy naprzeciw drzwi z numerem osiemnaście.
- Ryzykujemy? - zapytałam.
- Ryzykujemy.
Iris otworzyła drzwi i weszłyśmy do ciemnej, przygnębiającej sali. Dwuosobowe ławki ze starymi, niszczącymi się krzesłami, były poukładane po bokach sali.
Rozejrzałam się uważnie po ścianach pokoju, ale nic nie znalazłam.
Podskoczyłam na odgłos skrzypienia.
- Co ty tutaj robisz? - zapytałam.
- Pytanie - co wy tutaj robicie?
Miałam go już dość! Stał przede mną ze swoim głupim uśmieszkiem na twarzy.
- Dobrze wiesz, że nigdy ci nie odpowiem...
- Ty może nie, ale Iris tak.
- I ty przeciwko mnie? - zapytałam z żalem spoglądając na przyjaciółkę.
- Nic nikomu nie mówiłam.
- To prawda - odrzekł Ross uroczyście. - Byłbym głupi gdybym nie zorientował się, że coś się święci. Iris pożycza od kogoś śpiwór?
- Ale to nie tłumaczy dlaczego tu jesteś. - Założyłam ręce na piersi.
- Martwiłem się o ciebie. I Iris też. - Odwróciłam się obrażona. - Hej, nie zachowuj się tak, to jest po prostu dziecinne!
Ruszyłam przed siebie, dalej szukając obrazu. Nagle się potknęłam i musiałam zrobić kilka kroków, żeby utrzymać równowagę. Spoglądnęłam pod nogi i zobaczyłam obraz przedstawiający węża.
- Chyba znalazłam...
~~*~~*~~
Cześć!
Musicie mi naprawdę wybaczyć długość tego rozdziału. Po prostu nie mogłam się powstrzymać i musiałam skończyć w tym momencie.
Bardzo dziękuję za komentarze Karci Lynch i ponczka54, która nominowała mnie do LBA.
Jeżeli chce Wam się czytać dalej to zapraszam.
1. Jak długo prowadzisz bloga?
Tego zaczęłam pisać w czasie przerwy świątecznej, ale założyłam go dopiero 7 stycznia tego roku.
2. Ile blogów czytasz?
Oj, mało, mało. Dla niektórych pewnie zbyt mało.
3. Czy jesteś zaprzyjaźniona z jakimś innym bloggerem?
Chodzę do klasy z Verini.
4. Skąd inspiracja na rozpoczęcie bloga?
Nudziło mi się i nie mogłam zasnąć, więc wymyśliłam historię o elfach.
6. Jak długo masz jeszcze zamiar prowadzić bloga?
Nie wiem. Jeszcze trochę tajemnic zostało.
7. Co sądzisz, o znajomościach internetowych?
Nie wiem. Mam do nich mieszane uczucia.
8. Co sądzisz o rockowej muzyce?
Muzyka jak każda inna, a że słucham dużo gatunków kilka razy się na nią natknęłam.
9. Jak idzie Ci z angielskim?
Według moich ocen bardzo dobrze i celująco.
10. Ulubiony wykonawca?
Nie mam.
11. Ostatnia przeczytana książka?
Po południu leżałam na swoim łóżku czytając książkę, którą pożyczyłam od Iris. Nie było jej w pokoju, ponieważ wyszła na spotkanie z Calumem.
Przewróciłam kolejną kartkę i usłyszałam trzask. Obróciłam głowę w stronę wejścia. Zobaczyłam obładowaną rzeczami przyjaciółkę.
- Przepraszam cię, Laura. Przyniosłam kilka rzeczy - powiedziała i zrzuciła wszystko co miała w rękach na swoje łóżko.
- Co to jest? - zapytałam.
- Pożyczyłam od Caluma.
- No tak, ale czemu?
- Dzisiaj szukamy podziemnej biblioteki. Musimy się przygotować. - Dziewczyna podeszła do składowiska rzeczy i rozkopała je jeszcze bardziej.
Przyjrzałam się krytycznie przedmiotom. Zauważyłam wśród nich latarkę, śpiwór, plecak i torbę.
- Jaka część z tego wszystkiego jest ci potrzebna?
- Wszystko!
Spojrzałam na nią nie dowierzając.
- Czemu?
- Albert uciekł ze szkoły. To znaczy, że może mieć coś wspólnego z zabójstwami.
- A my co mamy zrobić?
- Znaleźć go.
Te dwa słowa mnie poraziły. Miałam uciekać ze szkoły po to, żeby sprawdzić czy przypuszczenia Iris są słuszne?
- Na razie w nic nie wchodzę. Jeśli się czegoś dowiemy w bibliotece to
- To świetnie! Pomożesz mi to schować?
Uchyliłam lekko drzwi i rozglądnęłam się po korytarzu. Wyszłam, a za mną Iris. Chociaż było już ciemno, nie świeciłam lamp. Usłyszałam huk. Odwróciłam się i zobaczyłam pęknięty wazon z kwiatami.
- Przepraszam - szepnęła Iris.
- Rób dokładnie to co ja.
Byłam świetna w skradaniu się. Przychodziło mi to łatwo, bo byłam niska i lekka. Stąpałam spokojnie i cicho. Co innego Iris, która chociaż była szczupła, była też wysoka, co utrudniało jej skrywanie się. Tupała idąc.
Zeszłyśmy po schodach do drzwi wyjściowych od budynku Juniorów. Otworzyłam drzwi wpuszczając zimny wiatr do środka. Przebiegłyśmy odległość między zamkiem a pokojami uczniów. Weszłyśmy, zatrzaskując drzwi. W ciemności z trudem odnalazłam drogę do lochów. Przyglądałyśmy się ścianom w poszukiwaniu obrazu.
- Ałć! - usłyszałam. Odwróciłam się w stronę Iris.
- Tym razem to nie ja robię hałas.
Westchnęłam cicho. Skoro nie mogę dowiedzieć się kto to był to czemu mam szukać? Mam przerywać poszukiwania obrazu?
- Zobacz to! - Iris przywołała mnie do siebie. Stanęłyśmy naprzeciw drzwi z numerem osiemnaście.
- Ryzykujemy? - zapytałam.
- Ryzykujemy.
Iris otworzyła drzwi i weszłyśmy do ciemnej, przygnębiającej sali. Dwuosobowe ławki ze starymi, niszczącymi się krzesłami, były poukładane po bokach sali.
Rozejrzałam się uważnie po ścianach pokoju, ale nic nie znalazłam.
Podskoczyłam na odgłos skrzypienia.
- Co ty tutaj robisz? - zapytałam.
- Pytanie - co wy tutaj robicie?
Miałam go już dość! Stał przede mną ze swoim głupim uśmieszkiem na twarzy.
- Dobrze wiesz, że nigdy ci nie odpowiem...
- Ty może nie, ale Iris tak.
- I ty przeciwko mnie? - zapytałam z żalem spoglądając na przyjaciółkę.
- Nic nikomu nie mówiłam.
- To prawda - odrzekł Ross uroczyście. - Byłbym głupi gdybym nie zorientował się, że coś się święci. Iris pożycza od kogoś śpiwór?
- Ale to nie tłumaczy dlaczego tu jesteś. - Założyłam ręce na piersi.
- Martwiłem się o ciebie. I Iris też. - Odwróciłam się obrażona. - Hej, nie zachowuj się tak, to jest po prostu dziecinne!
Ruszyłam przed siebie, dalej szukając obrazu. Nagle się potknęłam i musiałam zrobić kilka kroków, żeby utrzymać równowagę. Spoglądnęłam pod nogi i zobaczyłam obraz przedstawiający węża.
- Chyba znalazłam...
~~*~~*~~
Cześć!
Musicie mi naprawdę wybaczyć długość tego rozdziału. Po prostu nie mogłam się powstrzymać i musiałam skończyć w tym momencie.
Bardzo dziękuję za komentarze Karci Lynch i ponczka54, która nominowała mnie do LBA.
Jeżeli chce Wam się czytać dalej to zapraszam.
1. Jak długo prowadzisz bloga?
Tego zaczęłam pisać w czasie przerwy świątecznej, ale założyłam go dopiero 7 stycznia tego roku.
2. Ile blogów czytasz?
Oj, mało, mało. Dla niektórych pewnie zbyt mało.
3. Czy jesteś zaprzyjaźniona z jakimś innym bloggerem?
Chodzę do klasy z Verini.
4. Skąd inspiracja na rozpoczęcie bloga?
Nudziło mi się i nie mogłam zasnąć, więc wymyśliłam historię o elfach.
6. Jak długo masz jeszcze zamiar prowadzić bloga?
Nie wiem. Jeszcze trochę tajemnic zostało.
7. Co sądzisz, o znajomościach internetowych?
Nie wiem. Mam do nich mieszane uczucia.
8. Co sądzisz o rockowej muzyce?
Muzyka jak każda inna, a że słucham dużo gatunków kilka razy się na nią natknęłam.
9. Jak idzie Ci z angielskim?
Według moich ocen bardzo dobrze i celująco.
10. Ulubiony wykonawca?
Nie mam.
11. Ostatnia przeczytana książka?
"Niezgodna"
12. Twój model telefonu?
MyPhone Cube.
niedziela, 8 marca 2015
Rozdział 9
- Myślę, że musicie się trzymać z daleka od tego chłopaka. Następne spotkanie może się skończyć poważniej - powiedziała pielęgniarka.
- Pani nic nie rozumie. On może być dla wszystkich realnym zagrożeniem.
- I może być realnym zagrożeniem dla was, dlatego nie możecie się z nim spotykać sam na sam. Sama wiesz co ci zrobił. - Kobieta nadal tłumaczyła mi wszystko spokojnym głosem.
- Wiem, ale wiem też, że to nie był prawdziwy on.
- A skąd takie przypuszczenia?
- Jego oczy się zmieniły. - Pielęgniarka spojrzała na mnie zdziwiona. - Najpierw miał zielone oczy, ale kiedy mnie uderzył miał wręcz złote. Potem znowu zielone - powiedziałam.
Kobieta spanikowała.
- Pani coś wie - stwierdziła Iris.
- Są takie legendy, o których nikt nie może wiedzieć. Wyjdzie stąd i nie mówcie nikomu o naszej rozmowie. Idźcie. Już! - krzyknęła.
Mimowolnie spojrzałam za okno, za którym zauważyłam jakiś ciemny kształt, który po chwili zniknął. Przed oczami zobaczyłam mroczki. Starałam się uciec z pokoju, ale oczy mi się zamknęły i straciłam kontakt z rzeczywistością.
Usłyszałam szuranie i tupot czyiś stóp. Otworzyłam oczy i podniosłam się. Siedziałam teraz w moim łóżku, przykryta kocem. Miałam na sobie ciuchy, w których spotkałam się z Albertem.
Rozejrzałam się po pokoju, a przed oczami mignęła mi biegnąca Iris. Wstałam z łóżka, kiedy ona przystanęła przejrzeć się w lustrze i poprawiała fryzurę.
- Co się wczoraj stało? - zapytałam przyglądając się w lusterku mojemu odbiciu. Miałam lekko przetłuszczone włosy, a na policzkach ognistoczerwone rumieńce.
- Zasłabłaś. Pielęgniarka powiedziała mi co mam zrobić i wygoniła z gabinetu.
- Ile czasu minęło? - Wiedziałam, że wyglądałam jak ktoś chory, który nie wychodził z łóżka przynajmniej przez jeden dzień.
Iris spojrzała na mnie.
- Powiedz mi.
Dziewczyna westchnęła.
- Miałaś gorączkę, byłaś bardzo osłabiona.
- Ale ile spałam?
- Trzy dni.
Usiadłam z wrażenia na łóżku mojej przyjaciółki. To było po prostu niemożliwe!
- A zajęcia? - zapytałam.
- Odwołali. - Iris znalazła się koło mnie.
- To nie czas na żarty! Nie jestem taka ważna, żeby musieli odwoływać zajęcia - wybuchnęłam, wiedząc, że coś jest na rzeczy.
- To nie przez ciebie odwołali.
- To dlaczego?
- Musieli przygotować się do pogrzebów - wytłumaczyła Iris, schylając lekko głowę.
- Kto jeszcze? Kto jeszcze oprócz bibliotekarki?
- Pogrzeby są dzisia... - zaczęła czerwonowłosa.
- Kto jeszcze!?
- Pielęgniarka...
W tej chwili nie myślałam, że ktoś może mnie uznać za słabą wariatkę. Nie myślałam o tym, że ktoś może wejść i śmiać się ze mnie.
Chciałam się wypłakać, dać upust emocjom związanym z ofiarami. Moimi ofiarami.
Poczułam jak moja koszulka robi się wilgotna. Po raz pierwszy Iris Caroll pokazała, że ma emocje. Po raz pierwszy musiałam jej pomóc.
Złapałam jej rękę i kreśliłam wzory opuszkami palców. Tak samo uspokajał mnie tata.
- Gdybym...
- To nie czas się obwiniać - szepnęłam i przytuliłam przyjaciółkę.
- Zebraliśmy się tutaj, aby pożegnać dwie wspaniałe elfki, które pracowały w ośrodku szkolenia.
Willie Scott, nasza bibliotekarka, która wprowadzała na twarze wykładowców i Juniorów, a także innych mieszkańców Awnas uśmiechy. Dwudziestodwuletnia Normadka.
Była też nasza kochana pielęgniarka, która jak nikt inny leczyła nas Urokiem.
Obie zginęły w podobny sposób w młodym wieku. Nasza pielęgniarka, Octavia Mauriel, miała trzydzieści siedem lat i dwie urocze córki, które na okres szkolenia musiała pozostawić w domu.
Z powodu tych tragicznych okoliczności są tutaj z nami. - Wysoki mężczyzna przy kości, który odpowiadał za kierowanie szkoleniem stał na małej scenie, którą postawiono w ogromnym ogrodzie. Stałam dosyć daleko i przy moim wzroście trudno było zobaczyć niektóre rzeczy, ale doskonale widziałam dwie trumny. Jedna z nich była jaskraworóżowa. Na niej była tabliczka z danymi Normadki. Jej rodzina zgodziła się na pochowanie jej na terytorium Awnas. Druga trumna była czarna i klasyczna, z tabliczką z nazwiskiem pielęgniarki.
Na prowizorycznej scenie stanęły dwie czarnowłose dziewczynki.
Zaproszony na uroczystość przedstawiciel rady przywoływał je do siebie. Pewnie chciał, żeby wygłosiły jakieś przemówienie. Dziewczynki schowały się z tyłu.
- Musicie im wybaczyć jedna ma tylko jedenaście lat, a druga pięć - zaśmiał się przedstawiciel i przyciągnął dziewczynki do siebie.
Starsza trzymając w dłoni czerwoną różę, podeszła do trumny swojej matki, a zaraz za nią przybiegła pięciolatka.
Jedenastolatka odłożyła kwiat i pochyliła się nad trumną, a młodsza córeczka pielęgniarki położyła na niej jakąś kartkę. Po chwili obie zeszły ze sceny w absolutnej ciszy.
Wracałyśmy do pokoju nic nie mówiąc. Dopiero gdy przeszłyśmy przez próg naszej sypialni, opadłyśmy na łóżka z westchnieniem. Pogrzeb tych dwóch elfek był naprawdę wzruszający i nawet chłopaki wracali z niego z opuchniętymi od płaczu oczami.
Usłyszałyśmy pukanie. Iris, która od razu oprzytomniała pobiegła otworzyć drzwi. Podeszłam do niej i zobaczyłam przed sobą Alberta.
- Będziesz przepraszał? - zapytała moja przyjaciółka, a w jej oczach można było zobaczyć niebezpieczne błyski.
- Tak. Ale przyszedłem też przekazać wam plotki. I pielęgniarka, i bibliotekarka, zostały zasztyletowane. Uderzeń było dwanaście.
- A co to nam daje? - zapytałam zdziwiona informacją z jaką przyszedł do nas Albert.
- Sprawdźcie w podziemnej bibliotece.
- Ale...
- Wejście jest w lochach zamku. Musicie wejść do sali 18, a w niej znaleźć obraz przedstawiający węża. Uchylcie go i włóżcie klucz w otwór za obrazem. Szukajcie książki bez autora. Wiem tylko tyle - powiedział wszystko bardzo szybko i uciekł. Iris zamknęła drzwi i obie się o nie oparłyśmy.
- Czy to może być pułapka? - zapytała dziewczyna.
- Nie wiem, ale pójdziemy tam jutro wieczorem.
- Pani nic nie rozumie. On może być dla wszystkich realnym zagrożeniem.
- I może być realnym zagrożeniem dla was, dlatego nie możecie się z nim spotykać sam na sam. Sama wiesz co ci zrobił. - Kobieta nadal tłumaczyła mi wszystko spokojnym głosem.
- Wiem, ale wiem też, że to nie był prawdziwy on.
- A skąd takie przypuszczenia?
- Jego oczy się zmieniły. - Pielęgniarka spojrzała na mnie zdziwiona. - Najpierw miał zielone oczy, ale kiedy mnie uderzył miał wręcz złote. Potem znowu zielone - powiedziałam.
Kobieta spanikowała.
- Pani coś wie - stwierdziła Iris.
- Są takie legendy, o których nikt nie może wiedzieć. Wyjdzie stąd i nie mówcie nikomu o naszej rozmowie. Idźcie. Już! - krzyknęła.
Mimowolnie spojrzałam za okno, za którym zauważyłam jakiś ciemny kształt, który po chwili zniknął. Przed oczami zobaczyłam mroczki. Starałam się uciec z pokoju, ale oczy mi się zamknęły i straciłam kontakt z rzeczywistością.
Usłyszałam szuranie i tupot czyiś stóp. Otworzyłam oczy i podniosłam się. Siedziałam teraz w moim łóżku, przykryta kocem. Miałam na sobie ciuchy, w których spotkałam się z Albertem.
Rozejrzałam się po pokoju, a przed oczami mignęła mi biegnąca Iris. Wstałam z łóżka, kiedy ona przystanęła przejrzeć się w lustrze i poprawiała fryzurę.
- Co się wczoraj stało? - zapytałam przyglądając się w lusterku mojemu odbiciu. Miałam lekko przetłuszczone włosy, a na policzkach ognistoczerwone rumieńce.
- Zasłabłaś. Pielęgniarka powiedziała mi co mam zrobić i wygoniła z gabinetu.
- Ile czasu minęło? - Wiedziałam, że wyglądałam jak ktoś chory, który nie wychodził z łóżka przynajmniej przez jeden dzień.
Iris spojrzała na mnie.
- Powiedz mi.
Dziewczyna westchnęła.
- Miałaś gorączkę, byłaś bardzo osłabiona.
- Ale ile spałam?
- Trzy dni.
Usiadłam z wrażenia na łóżku mojej przyjaciółki. To było po prostu niemożliwe!
- A zajęcia? - zapytałam.
- Odwołali. - Iris znalazła się koło mnie.
- To nie czas na żarty! Nie jestem taka ważna, żeby musieli odwoływać zajęcia - wybuchnęłam, wiedząc, że coś jest na rzeczy.
- To nie przez ciebie odwołali.
- To dlaczego?
- Musieli przygotować się do pogrzebów - wytłumaczyła Iris, schylając lekko głowę.
- Kto jeszcze? Kto jeszcze oprócz bibliotekarki?
- Pogrzeby są dzisia... - zaczęła czerwonowłosa.
- Kto jeszcze!?
- Pielęgniarka...
W tej chwili nie myślałam, że ktoś może mnie uznać za słabą wariatkę. Nie myślałam o tym, że ktoś może wejść i śmiać się ze mnie.
Chciałam się wypłakać, dać upust emocjom związanym z ofiarami. Moimi ofiarami.
Poczułam jak moja koszulka robi się wilgotna. Po raz pierwszy Iris Caroll pokazała, że ma emocje. Po raz pierwszy musiałam jej pomóc.
Złapałam jej rękę i kreśliłam wzory opuszkami palców. Tak samo uspokajał mnie tata.
- Gdybym...
- To nie czas się obwiniać - szepnęłam i przytuliłam przyjaciółkę.
- Zebraliśmy się tutaj, aby pożegnać dwie wspaniałe elfki, które pracowały w ośrodku szkolenia.
Willie Scott, nasza bibliotekarka, która wprowadzała na twarze wykładowców i Juniorów, a także innych mieszkańców Awnas uśmiechy. Dwudziestodwuletnia Normadka.
Była też nasza kochana pielęgniarka, która jak nikt inny leczyła nas Urokiem.
Obie zginęły w podobny sposób w młodym wieku. Nasza pielęgniarka, Octavia Mauriel, miała trzydzieści siedem lat i dwie urocze córki, które na okres szkolenia musiała pozostawić w domu.
Z powodu tych tragicznych okoliczności są tutaj z nami. - Wysoki mężczyzna przy kości, który odpowiadał za kierowanie szkoleniem stał na małej scenie, którą postawiono w ogromnym ogrodzie. Stałam dosyć daleko i przy moim wzroście trudno było zobaczyć niektóre rzeczy, ale doskonale widziałam dwie trumny. Jedna z nich była jaskraworóżowa. Na niej była tabliczka z danymi Normadki. Jej rodzina zgodziła się na pochowanie jej na terytorium Awnas. Druga trumna była czarna i klasyczna, z tabliczką z nazwiskiem pielęgniarki.
Na prowizorycznej scenie stanęły dwie czarnowłose dziewczynki.
Zaproszony na uroczystość przedstawiciel rady przywoływał je do siebie. Pewnie chciał, żeby wygłosiły jakieś przemówienie. Dziewczynki schowały się z tyłu.
- Musicie im wybaczyć jedna ma tylko jedenaście lat, a druga pięć - zaśmiał się przedstawiciel i przyciągnął dziewczynki do siebie.
Starsza trzymając w dłoni czerwoną różę, podeszła do trumny swojej matki, a zaraz za nią przybiegła pięciolatka.
Jedenastolatka odłożyła kwiat i pochyliła się nad trumną, a młodsza córeczka pielęgniarki położyła na niej jakąś kartkę. Po chwili obie zeszły ze sceny w absolutnej ciszy.
Wracałyśmy do pokoju nic nie mówiąc. Dopiero gdy przeszłyśmy przez próg naszej sypialni, opadłyśmy na łóżka z westchnieniem. Pogrzeb tych dwóch elfek był naprawdę wzruszający i nawet chłopaki wracali z niego z opuchniętymi od płaczu oczami.
Usłyszałyśmy pukanie. Iris, która od razu oprzytomniała pobiegła otworzyć drzwi. Podeszłam do niej i zobaczyłam przed sobą Alberta.
- Będziesz przepraszał? - zapytała moja przyjaciółka, a w jej oczach można było zobaczyć niebezpieczne błyski.
- Tak. Ale przyszedłem też przekazać wam plotki. I pielęgniarka, i bibliotekarka, zostały zasztyletowane. Uderzeń było dwanaście.
- A co to nam daje? - zapytałam zdziwiona informacją z jaką przyszedł do nas Albert.
- Sprawdźcie w podziemnej bibliotece.
- Ale...
- Wejście jest w lochach zamku. Musicie wejść do sali 18, a w niej znaleźć obraz przedstawiający węża. Uchylcie go i włóżcie klucz w otwór za obrazem. Szukajcie książki bez autora. Wiem tylko tyle - powiedział wszystko bardzo szybko i uciekł. Iris zamknęła drzwi i obie się o nie oparłyśmy.
- Czy to może być pułapka? - zapytała dziewczyna.
- Nie wiem, ale pójdziemy tam jutro wieczorem.
~~*~~*~~
Musicie mi wybaczyć spóźnienie, ale czekałam aż napiszę pierwszą część dziesiątego rozdziału.
Nie wiem jak Wam, ale mi się nawet podobało. Wreszcie akcja rusza, a co się stanie potem... Nie wiem...
Niedawno postanowiłam założyć bloga. Wystartuje on pod koniec "Tajemnic Awnas".
Pozdrawiam wszystkich komentujących i wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!
piątek, 27 lutego 2015
Rozdział 8
- Jak to nie żyje? - zapytałam. Jeszcze kilka godzin temu uśmiechnięta Willie biegała po bibliotece, a teraz dowiaduję się, że jest trupem.
- Iris, proszę... Powiedz, że żartujesz! Powiedz to! - Podbiegłam do niej i złapałam za ramiona.
- Laura, spokojnie... - powiedział Ross i złapał mnie w biodrach, pewnie po to, żeby odciągnąć mnie od przyjaciółki.
- Zostaw mnie! Masz mnie nie dotykać! - krzyknęłam. Chłopak odsunął się, a ja dopiero wtedy odwróciłam się w stronę Iris. - Powiedz, że to nieprawda, proszę...
- Przykro mi...
Z moich oczu popłynęły słone łzy. Przytuliłam się do Iris i poczułam jak głaszcze moje plecy.
- To moja wina... - szeptałam w amoku.
- Nie możesz tak mówić. To się po prostu musiało stać.
- Laura, chodź ze mną do pielęgniarki - powiedział Ross.
- Pójdziesz? - zapytała Isia. Spojrzałam w jej piękne niebieskie oczy i kiwnęłam głową przecząco.
Czułam wstręt do chłopaków. Co z tego, że Albert mnie uderzył? To nie znaczyło prawie nic. Chodzi o to, że byłam pewna, że to on zabił bibliotekarkę, a to była moja wina. Gdybym nie poszła do biblioteki, gdybym nie szukała książek o podziemiach... Roześmiana Willie nadal by żyła. Jestem tego pewna.
- Ja z Rossem wrócimy do pokoju. Iris podejdź na chwilkę.
Dziewczyna puściła mnie i stanęła przy Calumie, kawałek dalej. Rudowłosy nachylił się i zaczął jej coś mówić do ucha. Twarz Iris ukazywała wielkie zmartwienie. Nie byłam pewna czy to z powodu śmierci Normadki czy z tego o czym jej mówił Calum.
Chłopak spojrzał na mnie i uśmiechnął się pokrzepiająco.
- Myślę, że resztę opowie ci Laura - powiedział wpatrując się w moje oczy. To był znak. Tym co zrobił rozkazał mi zwierzyć się Iris.
- Laura! - krzyknął Ross, gdy otwierałyśmy drzwi. Odwróciłam się. - Między nami wszystko ok?
- Ja... Ross, bardzo dziękuję, że mi pomogłeś, praktycznie mnie uratowaliście... Ale myślę, że na razie nie jestem w stanie zaufać jakimś chłopakom.
Weszłyśmy do środka, zatrzaskując drzwi.
- Powiesz co się stało? - zapytała moja przyjaciółka, gdy wchodziłyśmy po schodach na jedno z wyższych pięter zamku, w którym się uczyliśmy i w którym mieszkali pracownicy szkolenia.
- Spotkałam się z Albertem. Powiedział, że mu się podobasz... - Wytarłam ręką zapłakane oczy.
- I to dlatego twój policzek wygląda tak jak wygląda? - zapytała. Spuściłam wzrok na schody, na które wchodziłyśmy.
- Nie. Ja powiedziałam, że ty raczej nie czujesz tego samego... - zawiesiłam się.
- A potem?
- A potem mnie uderzył. Ale to nie był prawdziwy Albert. Ja ci mówię! Coś w nim siedzi...
- Spokojnie, Laura... Wiesz czy jest mieszańcem?
- Tak, na pewno.
Dalej szłyśmy w ciszy, którą przerwała Iris.
- Już jesteśmy - powiedziała i zapukała w wielkie drzwi.
- Już idę, już idę - usłyszałyśmy zza wrót, które otworzyła pielęgniarka. - O Przodkowie! Co ci się stało? - krzyknęła, gdy zobaczyła mnie w słabym świetle lampy.
- Miałam drobny wypadek... - wystękałam.
- Chyba nie taki drobny. Wchodźcie szybko - rozkazała. Znalazłyśmy się w jasnym korytarzu z kilkoma obrazami i parą drzwi. Pielęgniarka nacisnęła klamkę lewych drzwi i weszłyśmy do jej gabinetu. Przy błękitnych ścianach stały dwa krzesła, małe łóżko dla pacjentów i półki z ludzkimi lekarstwami i opatrunkami. Widziałam jakieś krople, leki przeciwbólowe, bandaże...
Pielęgniarka podeszła do mnie i chwyciła za podbródek, obracając moją twarz w bok. Uważnie przyglądała się mojej ranie.
- Masz okropnego siniaka, ale dziecko, powiedz mi, dlaczego masz przeciętą skórę? - zapytała. Nawet o tym nie wiedziałam.
- Wydaje mi się, że tam gdzie siedziała rosły jakieś róże. Może to jakiś kolec? - zaproponowała Iris, gdy ja milczałam.
- Może tak być. Dam jej najpierw jakiś okład.
Kobieta wyczarowała lód jednym skinieniem palca, jak to robią doświadczeni Uznani, i zawinęła go w cienki ręcznik.
- Powinno pomóc na siniaka.
Znudzona siedziałam z Iris przy boku. Pewnie ona też biła się z myślami. Ja musiałam przeczekać chwilę w ciszy dla uczczenia pamięci Wille. Nawet nie wiedziałam jak się nazywała, czy miała jakąś rodzinę, ile naprawdę miała lat. Problem w tym, że Juniorom nikt nie udziela takich informacji.
Ciszę przerwała pielęgniarka karząc mi odłożyć lód. Znowu nachyliła się nade mną i kilka razy poruszyła ręką.
- Już. Widać jeszcze małe zaczerwienienie, ale po ranach nie ma innego śladu. Skoro to już załatwione to powiedzcie mi co się stało.
- To nic takiego. Drobny upadek. Naprawdę.
- Coś wam nie wierzę. Zaparzę trochę herbaty i czeka was poważna rozmowa.
- Nie możemy nic powiedzieć. Skończy jak bibliotekarka - wyrzuciłam zanim Iris otworzyła usta.
- Też się boję, ale może nam pomóc. Jestem pewna, że nikogo tu nie ma.
- Namyśliłyście się? - zapytała uśmiechnięta kobieta i postawiła herbatę na wyczarowanym stole.
- W sylwestra Albert Donk został wskazany przez przodków. Rada powiedziała, że Laura, ja i Ross mamy dowiedzieć się co się dzieje z tym chłopakiem. Uznaliśmy, że Laura się z nim spotka, ale wtedy Ross zerwał z nami znajomość, uważając, że nie możemy ryzykować.
- To znaczy, że się o was martwi - wtrąciła pielęgniarka. Martwi się? Raczej utrudnia zadanie...
- Pozwoli pani, że skończę. - Kobieta kiwnęła głową. - Dzisiaj Lau się z nim spotkała i... Laura powiedz co było dalej.
- Uh, dobrze... Albert powiedział, że Iris mu się podoba. Powiedziałam, że ona raczej nie czuje tego samego i mnie uderzył. Straciłam równowagę i się wywróciłam.
- To pewnie wtedy przecięłaś policzek.
- Tak, chyba wtedy. Chciał mi coś jeszcze zrobić, ale przybiegł Ross i Calum.
- Czyli między wami wszystko w porządku.
Spojrzałam na Iris.
- Tak, wszystko w porządku - powiedziała.
Ale według mnie nic nie było w porządku. Zostawił nas w momencie kiedy najbardziej go potrzebowałyśmy, a teraz ratuje mnie i myśli, że mu wszystko wybaczymy. Przecież mogłabym sobie sama poradzić!
~~*~~*~~
Witam.
Poza tym, że w ostatnim rozdziale był trup, akcja toczy się kula na brzuch bałwana. Tak jak przyznała mi Verini, rozdział dziewiąty będzie stuprocentowym popychaczem do następnych działań Iris i Laury. A co się okaże z Rossem? Na to musicie zaczekać.
Tradycyjnie podziękowania dla komentujących, czyli Karci Lynch, Anonima oraz ponczka54 i dla Verini, która sprawdziła rozdział.
Tak zapytam, co sądzicie o tym, że Ross i Laura są ze sobą skłóceni? Chcecie ich jako parę?
- Iris, proszę... Powiedz, że żartujesz! Powiedz to! - Podbiegłam do niej i złapałam za ramiona.
- Laura, spokojnie... - powiedział Ross i złapał mnie w biodrach, pewnie po to, żeby odciągnąć mnie od przyjaciółki.
- Zostaw mnie! Masz mnie nie dotykać! - krzyknęłam. Chłopak odsunął się, a ja dopiero wtedy odwróciłam się w stronę Iris. - Powiedz, że to nieprawda, proszę...
- Przykro mi...
Z moich oczu popłynęły słone łzy. Przytuliłam się do Iris i poczułam jak głaszcze moje plecy.
- To moja wina... - szeptałam w amoku.
- Nie możesz tak mówić. To się po prostu musiało stać.
- Laura, chodź ze mną do pielęgniarki - powiedział Ross.
- Pójdziesz? - zapytała Isia. Spojrzałam w jej piękne niebieskie oczy i kiwnęłam głową przecząco.
Czułam wstręt do chłopaków. Co z tego, że Albert mnie uderzył? To nie znaczyło prawie nic. Chodzi o to, że byłam pewna, że to on zabił bibliotekarkę, a to była moja wina. Gdybym nie poszła do biblioteki, gdybym nie szukała książek o podziemiach... Roześmiana Willie nadal by żyła. Jestem tego pewna.
- Ja z Rossem wrócimy do pokoju. Iris podejdź na chwilkę.
Dziewczyna puściła mnie i stanęła przy Calumie, kawałek dalej. Rudowłosy nachylił się i zaczął jej coś mówić do ucha. Twarz Iris ukazywała wielkie zmartwienie. Nie byłam pewna czy to z powodu śmierci Normadki czy z tego o czym jej mówił Calum.
Chłopak spojrzał na mnie i uśmiechnął się pokrzepiająco.
- Myślę, że resztę opowie ci Laura - powiedział wpatrując się w moje oczy. To był znak. Tym co zrobił rozkazał mi zwierzyć się Iris.
- Laura! - krzyknął Ross, gdy otwierałyśmy drzwi. Odwróciłam się. - Między nami wszystko ok?
- Ja... Ross, bardzo dziękuję, że mi pomogłeś, praktycznie mnie uratowaliście... Ale myślę, że na razie nie jestem w stanie zaufać jakimś chłopakom.
Weszłyśmy do środka, zatrzaskując drzwi.
- Powiesz co się stało? - zapytała moja przyjaciółka, gdy wchodziłyśmy po schodach na jedno z wyższych pięter zamku, w którym się uczyliśmy i w którym mieszkali pracownicy szkolenia.
- Spotkałam się z Albertem. Powiedział, że mu się podobasz... - Wytarłam ręką zapłakane oczy.
- I to dlatego twój policzek wygląda tak jak wygląda? - zapytała. Spuściłam wzrok na schody, na które wchodziłyśmy.
- Nie. Ja powiedziałam, że ty raczej nie czujesz tego samego... - zawiesiłam się.
- A potem?
- A potem mnie uderzył. Ale to nie był prawdziwy Albert. Ja ci mówię! Coś w nim siedzi...
- Spokojnie, Laura... Wiesz czy jest mieszańcem?
- Tak, na pewno.
Dalej szłyśmy w ciszy, którą przerwała Iris.
- Już jesteśmy - powiedziała i zapukała w wielkie drzwi.
- Już idę, już idę - usłyszałyśmy zza wrót, które otworzyła pielęgniarka. - O Przodkowie! Co ci się stało? - krzyknęła, gdy zobaczyła mnie w słabym świetle lampy.
- Miałam drobny wypadek... - wystękałam.
- Chyba nie taki drobny. Wchodźcie szybko - rozkazała. Znalazłyśmy się w jasnym korytarzu z kilkoma obrazami i parą drzwi. Pielęgniarka nacisnęła klamkę lewych drzwi i weszłyśmy do jej gabinetu. Przy błękitnych ścianach stały dwa krzesła, małe łóżko dla pacjentów i półki z ludzkimi lekarstwami i opatrunkami. Widziałam jakieś krople, leki przeciwbólowe, bandaże...
Pielęgniarka podeszła do mnie i chwyciła za podbródek, obracając moją twarz w bok. Uważnie przyglądała się mojej ranie.
- Masz okropnego siniaka, ale dziecko, powiedz mi, dlaczego masz przeciętą skórę? - zapytała. Nawet o tym nie wiedziałam.
- Wydaje mi się, że tam gdzie siedziała rosły jakieś róże. Może to jakiś kolec? - zaproponowała Iris, gdy ja milczałam.
- Może tak być. Dam jej najpierw jakiś okład.
Kobieta wyczarowała lód jednym skinieniem palca, jak to robią doświadczeni Uznani, i zawinęła go w cienki ręcznik.
- Powinno pomóc na siniaka.
Znudzona siedziałam z Iris przy boku. Pewnie ona też biła się z myślami. Ja musiałam przeczekać chwilę w ciszy dla uczczenia pamięci Wille. Nawet nie wiedziałam jak się nazywała, czy miała jakąś rodzinę, ile naprawdę miała lat. Problem w tym, że Juniorom nikt nie udziela takich informacji.
Ciszę przerwała pielęgniarka karząc mi odłożyć lód. Znowu nachyliła się nade mną i kilka razy poruszyła ręką.
- Już. Widać jeszcze małe zaczerwienienie, ale po ranach nie ma innego śladu. Skoro to już załatwione to powiedzcie mi co się stało.
- To nic takiego. Drobny upadek. Naprawdę.
- Coś wam nie wierzę. Zaparzę trochę herbaty i czeka was poważna rozmowa.
- Nie możemy nic powiedzieć. Skończy jak bibliotekarka - wyrzuciłam zanim Iris otworzyła usta.
- Też się boję, ale może nam pomóc. Jestem pewna, że nikogo tu nie ma.
- Namyśliłyście się? - zapytała uśmiechnięta kobieta i postawiła herbatę na wyczarowanym stole.
- W sylwestra Albert Donk został wskazany przez przodków. Rada powiedziała, że Laura, ja i Ross mamy dowiedzieć się co się dzieje z tym chłopakiem. Uznaliśmy, że Laura się z nim spotka, ale wtedy Ross zerwał z nami znajomość, uważając, że nie możemy ryzykować.
- To znaczy, że się o was martwi - wtrąciła pielęgniarka. Martwi się? Raczej utrudnia zadanie...
- Pozwoli pani, że skończę. - Kobieta kiwnęła głową. - Dzisiaj Lau się z nim spotkała i... Laura powiedz co było dalej.
- Uh, dobrze... Albert powiedział, że Iris mu się podoba. Powiedziałam, że ona raczej nie czuje tego samego i mnie uderzył. Straciłam równowagę i się wywróciłam.
- To pewnie wtedy przecięłaś policzek.
- Tak, chyba wtedy. Chciał mi coś jeszcze zrobić, ale przybiegł Ross i Calum.
- Czyli między wami wszystko w porządku.
Spojrzałam na Iris.
- Tak, wszystko w porządku - powiedziała.
Ale według mnie nic nie było w porządku. Zostawił nas w momencie kiedy najbardziej go potrzebowałyśmy, a teraz ratuje mnie i myśli, że mu wszystko wybaczymy. Przecież mogłabym sobie sama poradzić!
~~*~~*~~
Witam.
Poza tym, że w ostatnim rozdziale był trup, akcja toczy się kula na brzuch bałwana. Tak jak przyznała mi Verini, rozdział dziewiąty będzie stuprocentowym popychaczem do następnych działań Iris i Laury. A co się okaże z Rossem? Na to musicie zaczekać.
Tradycyjnie podziękowania dla komentujących, czyli Karci Lynch, Anonima oraz ponczka54 i dla Verini, która sprawdziła rozdział.
Tak zapytam, co sądzicie o tym, że Ross i Laura są ze sobą skłóceni? Chcecie ich jako parę?
piątek, 20 lutego 2015
Rozdział 7
Książki, książki i książki... Bibliotekarka przynosi ich coraz więcej, a my nie mamy już czasu wszystkich przeglądnąć. Ale wytrwamy i jak nie dziś to jutro skończymy czytać.
- A to? - zapytałam Iris, pokazując okładkę książki, którą miałam w rękach.
- "Wszystko o Awnas"? Przecież to jedna z nowszych książek.
Westchnęłam i odłożyłam przedmiot z powrotem na stół. Takim sposobem nigdy nie dojdziemy do tego, gdzie leżą drzwi do podziemi.
- Chyba mam - powiedziała czerwonowłosa, szturchając mnie w ramię. Zerknęłam znad jej ramienia na wielką księgę z pożółkłymi kartkami. Z pewnością była stara.
- Tutaj nic nie jest napisane oprócz tego, że mamy pod szkołą piwnice - stwierdziłam, gdy przeczytałam tekst.
- Właśnie, Laura. W tej szkole są piwnice. Może stamtąd jest wejście do biblioteki?
- Przodkowie nie byliby tacy głupi... Ale przynajmniej mamy jakąś poszlakę.
Usłyszałam dzwon i wyjrzałam przez okno. Stąd doskonale było widać wieżę Ratusza z zegarem, który wskazywał teraz trzecią po południu.
- Zbierajmy się - powiedziałam.
Wzięłam tę część książek, które sprawdzałam ja i powoli ruszyłam w stronę biurka, gdzie siedziała bibliotekarka.
- Laura! - usłyszałam i obróciłam się kilka razy wokół własnej osi. Zauważyłam Alberta, który do mnie podbiegał. - Co ty tu robisz? - zapytał.
Zamyśliłam się chwilę, przecież nie mogłam mu powiedzieć całej prawdy.
- Uczyłyśmy się na wykłady. - Iris pojawiła się znikąd i uratowała moją skórę. Czarnowłosy spojrzał na mnie, a ja spuściłam wzrok. Bałam się spojrzeć mu w oczy.
- Tak, uczyłyśmy się - wyjąkałam.
- Ale nasze dzisiejsze spotkanie nadal aktualne?
- Tak, przy fontannie. Bądź za godzinę - powiedziałam i obróciłam się w stronę bibliotekarki. Od jej biurka dzieliło mnie zaledwie kilka kroków.
- Och, Laurka, skończyłyście już? Wiecie coś o tej podziemnej bibliotece? Wiesz, ja o niej już kiedyś słyszałam. Z miłą chęcią przeczytałabym jakąś książkę stamtąd.
W tej chwili chciałam zakleić jej usta taśmą, tak żeby nic nie mogła już powiedzieć. Razem z Iris starałyśmy się zataić przed Albertem dosłownie wszystko, ale ona postanowiła coś innego. Przez nią cała biblioteka wie co robiłyśmy. Spojrzałam za siebie. Iris stała niedaleko Alberta, który był nieco zdziwiony.
- Nic nie wyczytałyśmy. Oddajemy książki - powiedziałam.
Kobieta z Normadii roześmiała się i chwyciła lektury, które jej dałam.
- Pędzę je odłożyć!
- Do widzenia, proszę pani.
- Nie mów tak, czuję się staro. Jestem Willie - wyśpiewała i w podskokach zniknęła między regałami. Normandczycy byli bardzo wesołym narodem.
- Do zobaczenie, Albert! - krzyknęła Iris i ruszyła w stronę drzwi, po drodze chwytając mnie za rękaw.
- Jak on się zachowywał? - zapytałam.
- Całkiem dobrze, prócz tego, że wlepiał we mnie ślepia. To było dość... niepokojące.
- Połamania nóg - szepnęła Iris i lekko pchnęła mnie za drzwi wyjściowe. Znalazłam się przed domem dla Juniorów. W świecie ludzi był styczeń, więc w niektórych miejscach sypał śnieg. U nas było ciepło jak w czasie wiosny, ale krajobraz wyglądał jak zimowy. To przez ciepły magiczny pył imitujący śnieg, który też układał się w niesamowite wzory tworząc drobne śnieżynki.
Był wieczór, a temperatura szybko się obniżała. Przyspieszyłam poprawiając ciepłą kurtkę. Zauważyłam, że słońce już zachodzi. W końcu dotarłam przed fontannę, gdzie nie było Alberta. Usiadłam na ławce obok i czekałam. Mijały minuty, a słońce już zniknęło za horyzontem. Kiedy na niebie zobaczyłam księżyc i gwiazdy, a lampy zaczęły się świecić, usłyszałam zza siebie głos.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedział Albert i obszedł ławkę w około. - Mam nadzieję, że nie czekałaś długo. - Usiadł koło mnie wyraźnie rozbawiony.
- Mogłam czekać dłużej - westchnęłam.
- Chciałaś coś ode mnie? - zapytał.
Jaką tu wymyślić wymówkę? Myśl, Laura...
- Muszę z tobą porozmawiać o Iris.
- O Iris? Tej z różowymi włosami?
- Teraz czerwonymi.
- Pozwól, że pierwszy ci coś powiem - kiwnęłam głową. - Uważam, że jest słodka.
Co on powiedział?
Spojrzałam na niego pytająco.
- Podoba mi się. Jest mądra, sympatyczna... Wiesz o co mi chodzi?
Oczywiście, że wiedziałam - chłopak, którego mamy śledzić zauroczył się w mojej przyjaciółce, a ja musiałam ciągnąć tę szopkę.
- Rozumiem cię - powiedziałam, patrząc w jego oczy. Miał piękne zielone tęczówki.- Ale nie jestem pewna czy ona czuje do ciebie to samo.
Oczy Alberta z zielonych zmieniły się na złote. Nie mogłam tego wytłumaczyć, ale widziałam, że był zły. Zamachnął się na mnie i uderzył w twarz. Poczułam okropny ból, miałam ochotę się rozpłakać. Byłam słaba, powinnam nie okazywać uczuć, żeby Albert był zadowolony.
Obraz wokół stawał się coraz bardziej niewyraźny i upadłam, gdy próbowałam uwolnić się od Juniora. Czułam, że jeśli mrugnę powiekami wszystkie łzy się uwolnią. Ale musiałam.
Dotknęłam policzka, który był mokry, drugi też. Po prostu musiałam zapłakać.
Podniosłam wzrok i spostrzegłam Alberta, który był coraz bliżej mnie. Dokładnie widziałam jego złote oczy, świecące się w blasku latarni.
- Pożałujecie. Ty i ona - warknął chłopak, kiedy się nade mną pochylił, żeby mnie znowu uderzyć. Zamknęłam oczy, myśląc, że to choć trochę pomoże.
Usłyszałam krzyk i poczułam jak zimny podmuch rozwiewa moje włosy.
- Wiedz, że jesteś ode mnie słabszy - krzyknął Ross, trzymając Alberta.
- Zostaw mnie, idioto!
- Nikt nie może jej zrobić krzywdy! Calum, pomóż mi!
Przed oczami zobaczyłam rudowłosego kolegę blondyna.
- Puszczajcie! - wrzasnął czarnowłosy i wyrwał się z ich uścisku. - Laura, ja cię naprawdę przepraszam. Nic ci nie jest? - zapytał. Po raz kolejny spojrzałam mu w oczy, tym razem zielone.
- Zostaw mnie. - Odtrąciłam jego rękę, a on kiwnął głową twierdząco. Odszedł w stronę domów dla Juniorów, a do mnie doskoczyli chłopcy.
- Co on ci zrobił? To wygląda strasznie.
- Miło, że mnie pocieszasz. Ała, nie dotykaj tego - syknęłam, gdy Ross dotknął mojego bolącego policzka.
- Gdzie jest pielęgniarka? - zapytał Caluma.
- Mieszka w zamku. Chodźcie.
- Alarm! - usłyszeliśmy, gdy podchodziliśmy do drzwi zamkowych.
- Laura! Chłopaki! - zawołała Iris, biegnąc w naszą stronę. - Szukałam cię.
- Co się stało? - zapytałam.
- Bibliotekarka nie żyje.
~~*~~*~~
Oto rozdział siódmy i pierwszy trup!
Jak mam być szczera - do ostatniej chwili sądziłam, że oszczędzę bibliotekarkę, ale cóż... to taki popychacz to następnych działań.
Nie mówię jednak, że to ostatnia zabita. To co się dzieje w Magicznej Strefie przyczyni się do większej liczby ofiar.
Rozdział ósmy napisany, ale muszę się jeszcze zabrać za dziewiątkę. Będzie to nieco trudne, bo cały mój czas zajmuje tworzenie nowej historii. Będzie w niej Raura, ale blog wystartuje dopiero pod koniec Tajemnic Awnas.
Tak jak zwykle podziękowania dla ponczka54, Karci Lynch i Verini, która zawsze sprawdza moje rozdziały.
Pozdrawiam, Anais
- A to? - zapytałam Iris, pokazując okładkę książki, którą miałam w rękach.
- "Wszystko o Awnas"? Przecież to jedna z nowszych książek.
Westchnęłam i odłożyłam przedmiot z powrotem na stół. Takim sposobem nigdy nie dojdziemy do tego, gdzie leżą drzwi do podziemi.
- Chyba mam - powiedziała czerwonowłosa, szturchając mnie w ramię. Zerknęłam znad jej ramienia na wielką księgę z pożółkłymi kartkami. Z pewnością była stara.
- Tutaj nic nie jest napisane oprócz tego, że mamy pod szkołą piwnice - stwierdziłam, gdy przeczytałam tekst.
- Właśnie, Laura. W tej szkole są piwnice. Może stamtąd jest wejście do biblioteki?
- Przodkowie nie byliby tacy głupi... Ale przynajmniej mamy jakąś poszlakę.
Usłyszałam dzwon i wyjrzałam przez okno. Stąd doskonale było widać wieżę Ratusza z zegarem, który wskazywał teraz trzecią po południu.
- Zbierajmy się - powiedziałam.
Wzięłam tę część książek, które sprawdzałam ja i powoli ruszyłam w stronę biurka, gdzie siedziała bibliotekarka.
- Laura! - usłyszałam i obróciłam się kilka razy wokół własnej osi. Zauważyłam Alberta, który do mnie podbiegał. - Co ty tu robisz? - zapytał.
Zamyśliłam się chwilę, przecież nie mogłam mu powiedzieć całej prawdy.
- Uczyłyśmy się na wykłady. - Iris pojawiła się znikąd i uratowała moją skórę. Czarnowłosy spojrzał na mnie, a ja spuściłam wzrok. Bałam się spojrzeć mu w oczy.
- Tak, uczyłyśmy się - wyjąkałam.
- Ale nasze dzisiejsze spotkanie nadal aktualne?
- Tak, przy fontannie. Bądź za godzinę - powiedziałam i obróciłam się w stronę bibliotekarki. Od jej biurka dzieliło mnie zaledwie kilka kroków.
- Och, Laurka, skończyłyście już? Wiecie coś o tej podziemnej bibliotece? Wiesz, ja o niej już kiedyś słyszałam. Z miłą chęcią przeczytałabym jakąś książkę stamtąd.
W tej chwili chciałam zakleić jej usta taśmą, tak żeby nic nie mogła już powiedzieć. Razem z Iris starałyśmy się zataić przed Albertem dosłownie wszystko, ale ona postanowiła coś innego. Przez nią cała biblioteka wie co robiłyśmy. Spojrzałam za siebie. Iris stała niedaleko Alberta, który był nieco zdziwiony.
- Nic nie wyczytałyśmy. Oddajemy książki - powiedziałam.
Kobieta z Normadii roześmiała się i chwyciła lektury, które jej dałam.
- Pędzę je odłożyć!
- Do widzenia, proszę pani.
- Nie mów tak, czuję się staro. Jestem Willie - wyśpiewała i w podskokach zniknęła między regałami. Normandczycy byli bardzo wesołym narodem.
- Do zobaczenie, Albert! - krzyknęła Iris i ruszyła w stronę drzwi, po drodze chwytając mnie za rękaw.
- Jak on się zachowywał? - zapytałam.
- Całkiem dobrze, prócz tego, że wlepiał we mnie ślepia. To było dość... niepokojące.
- Połamania nóg - szepnęła Iris i lekko pchnęła mnie za drzwi wyjściowe. Znalazłam się przed domem dla Juniorów. W świecie ludzi był styczeń, więc w niektórych miejscach sypał śnieg. U nas było ciepło jak w czasie wiosny, ale krajobraz wyglądał jak zimowy. To przez ciepły magiczny pył imitujący śnieg, który też układał się w niesamowite wzory tworząc drobne śnieżynki.
Był wieczór, a temperatura szybko się obniżała. Przyspieszyłam poprawiając ciepłą kurtkę. Zauważyłam, że słońce już zachodzi. W końcu dotarłam przed fontannę, gdzie nie było Alberta. Usiadłam na ławce obok i czekałam. Mijały minuty, a słońce już zniknęło za horyzontem. Kiedy na niebie zobaczyłam księżyc i gwiazdy, a lampy zaczęły się świecić, usłyszałam zza siebie głos.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedział Albert i obszedł ławkę w około. - Mam nadzieję, że nie czekałaś długo. - Usiadł koło mnie wyraźnie rozbawiony.
- Mogłam czekać dłużej - westchnęłam.
- Chciałaś coś ode mnie? - zapytał.
Jaką tu wymyślić wymówkę? Myśl, Laura...
- Muszę z tobą porozmawiać o Iris.
- O Iris? Tej z różowymi włosami?
- Teraz czerwonymi.
- Pozwól, że pierwszy ci coś powiem - kiwnęłam głową. - Uważam, że jest słodka.
Co on powiedział?
Spojrzałam na niego pytająco.
- Podoba mi się. Jest mądra, sympatyczna... Wiesz o co mi chodzi?
Oczywiście, że wiedziałam - chłopak, którego mamy śledzić zauroczył się w mojej przyjaciółce, a ja musiałam ciągnąć tę szopkę.
- Rozumiem cię - powiedziałam, patrząc w jego oczy. Miał piękne zielone tęczówki.- Ale nie jestem pewna czy ona czuje do ciebie to samo.
Oczy Alberta z zielonych zmieniły się na złote. Nie mogłam tego wytłumaczyć, ale widziałam, że był zły. Zamachnął się na mnie i uderzył w twarz. Poczułam okropny ból, miałam ochotę się rozpłakać. Byłam słaba, powinnam nie okazywać uczuć, żeby Albert był zadowolony.
Obraz wokół stawał się coraz bardziej niewyraźny i upadłam, gdy próbowałam uwolnić się od Juniora. Czułam, że jeśli mrugnę powiekami wszystkie łzy się uwolnią. Ale musiałam.
Dotknęłam policzka, który był mokry, drugi też. Po prostu musiałam zapłakać.
Podniosłam wzrok i spostrzegłam Alberta, który był coraz bliżej mnie. Dokładnie widziałam jego złote oczy, świecące się w blasku latarni.
- Pożałujecie. Ty i ona - warknął chłopak, kiedy się nade mną pochylił, żeby mnie znowu uderzyć. Zamknęłam oczy, myśląc, że to choć trochę pomoże.
Usłyszałam krzyk i poczułam jak zimny podmuch rozwiewa moje włosy.
- Wiedz, że jesteś ode mnie słabszy - krzyknął Ross, trzymając Alberta.
- Zostaw mnie, idioto!
- Nikt nie może jej zrobić krzywdy! Calum, pomóż mi!
Przed oczami zobaczyłam rudowłosego kolegę blondyna.
- Puszczajcie! - wrzasnął czarnowłosy i wyrwał się z ich uścisku. - Laura, ja cię naprawdę przepraszam. Nic ci nie jest? - zapytał. Po raz kolejny spojrzałam mu w oczy, tym razem zielone.
- Zostaw mnie. - Odtrąciłam jego rękę, a on kiwnął głową twierdząco. Odszedł w stronę domów dla Juniorów, a do mnie doskoczyli chłopcy.
- Co on ci zrobił? To wygląda strasznie.
- Miło, że mnie pocieszasz. Ała, nie dotykaj tego - syknęłam, gdy Ross dotknął mojego bolącego policzka.
- Gdzie jest pielęgniarka? - zapytał Caluma.
- Mieszka w zamku. Chodźcie.
- Alarm! - usłyszeliśmy, gdy podchodziliśmy do drzwi zamkowych.
- Laura! Chłopaki! - zawołała Iris, biegnąc w naszą stronę. - Szukałam cię.
- Co się stało? - zapytałam.
- Bibliotekarka nie żyje.
~~*~~*~~
Oto rozdział siódmy i pierwszy trup!
Jak mam być szczera - do ostatniej chwili sądziłam, że oszczędzę bibliotekarkę, ale cóż... to taki popychacz to następnych działań.
Nie mówię jednak, że to ostatnia zabita. To co się dzieje w Magicznej Strefie przyczyni się do większej liczby ofiar.
Rozdział ósmy napisany, ale muszę się jeszcze zabrać za dziewiątkę. Będzie to nieco trudne, bo cały mój czas zajmuje tworzenie nowej historii. Będzie w niej Raura, ale blog wystartuje dopiero pod koniec Tajemnic Awnas.
Tak jak zwykle podziękowania dla ponczka54, Karci Lynch i Verini, która zawsze sprawdza moje rozdziały.
Pozdrawiam, Anais
sobota, 14 lutego 2015
Rozdział 6
- Niedziela w Awnas to święty dzień. Podobno wtedy Matka Natura przemieniła ludzi w elfy, a oni stworzyli wejście do Magicznej Strefy. I właśnie dlatego w niedzielę każdy kto wejdzie do Awnas nie może pracować. To tyczy się też uczniów, a dla większości z nich nie jest to coś odmiennego. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, bo kiedy żyliśmy jak ludzie w soboty i niedziele też mieliśmy wolne. Ale w Awnas, wbrew pozorom jest trudniej, ponieważ czasami trzeba chodzić na wykłady w soboty. Aby istniała cienka linia między światem ludzi a Awnas, Europejczycy mieszkają na innym piętrze, a wykłady mają o innych godzinach. Tak samo mieszkańcy Azji, Australii, Arktyki oraz Afryki. Amerykanie zajmują najwyższe piętro - przeczytał nauczyciel historii. - Panie Lynch czy tylko na tyle pana stać?
- Niech nie ma mi pan za złe, ale uważam, że spisałem się bardzo dobrze - odpowiedział chłopak. Stał obok katedry, tuż przy nauczycielu, który sprawdzał jego zadanie na temat wolnych dni w Awnas.
- Panie Lynch, dam panu dostateczną ocenę. Nie napisał pan tego tak wybitnie jak panna Caroll - westchnął profesor uśmiechając się do jedenastostronnicowej pracy Iris.
Naburmuszony Ross wrócił na swoje miejsce. Spojrzałam na niego. Dokładnie widziałam jak chowa ręce do kieszeni, a w niej coś ściska. Chłopak zamknął oczy i usłyszałam pisk wykładowcy. Przeniosłam wzrok na biurko i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Było pewne, że głupi Lynch jakoś się odegra, ale nie aż tak!
- Panie profesorze, niech się pan uspokoi - krzyknęła Iris i zbiegła do nauczyciela. Stanęła koło niego i przymknęła oczy. Pewnie starała się ugasić ogień na marynarce nauczyciela, ale jej się to nie udało. Ross wybuchł śmiechem. Czy przytrzymywał Urok?
- Niech ktoś pobiegnie po nauczycieli! - krzyczała Isia, próbując ugasić mały pożar.
Zaczęłam wstawać, ale wyprzedził mnie Albert, który już stał przy drzwiach. Kiedy chłopak wyszedł Iris znowu spróbowała ugasić ogień, który teraz, gdy nauczyciel ściągnął marynarkę, rozprzestrzeniał się w zabójczym tempie. Ale tym razem dziewczynie się udało. Spojrzałam na Rossa, który nadal miał zamknięte oczy. Czyli on tego nie wymyślił... Nie umieliśmy jeszcze panować nad magią z otwartymi oczami. Brzmi to śmiesznie, ale łatwiej jest się nam skupić, gdy mamy chociaż przymróżone powieki. Żeby zdjąć zaklęcie Ross musiałby otworzyć oczy. Proste? Nie tak bardzo...
- Co tu się dzieje? - krzyknęła niziutka, pulchna kobieta, którą kojarzyłam z przechadzek po korytarzach.
- Co się panu stało, panie Anderson? - zapytała, patrząc na lekko zwęglonego profesora.
- Już nic, naprawdę nic. Jestem tylko w lekkim szoku - wytłumaczył mężczyzna.
- Zaprowadzę pana do pielęgniarki. Urok panu pomoże - oznajmiła Iris i pomogła wykładowcy wstać z krzesła. Po chwili zniknęła z nim za drzwiami.
- Co tak właściwie się stało? - zapytała dziewczyna siedząca przede mną. Sama nie wiedziałam dokładnie kiedy ktoś "podpalił" profesora.
Rozejrzałam się po sali. Ross nadal siedział na swoim miejscu, Albert stał przy drzwiach, a Iris przyglądała się marynarce, którą wykładowca zostawił na biurku.
- Mamy wolne? - zapytał ktoś. Jak na zawołanie Juniorzy zaczęli składać swoje rzeczy i rozmawiać. Nie byłam zdolna do jakiegokolwiek ruchu. To nie był przypadek, ktoś celowo chciał się pozbyć Andersona. Ale dlaczego?
Delikatnym ruchem dłoni przywołałam do siebie Iris. Usiadła na krześle obok mnie i razem czekałyśmy aż osiemnastolatkowie wyjdą.
- Ktoś bardzo zdolny to zrobił - stwierdziłam, gdy upewniłam się, że jesteśmy same. Teraz nie był czas na rozmowy w pokoju.
- Utrzymywał ogień. Poza tym, jeszcze niczego się nie nauczyliśmy. Sama teoria i niewidzialność. - Iris poprawiła czerwone włosy.
- Dobrze wiesz jak wygląda władza nad Urokiem... - zaczęłam, ale dziewczyna mi przerwała.
- Wiem - powiedziała, dając mi do zrozumienia, że takie rozmówki nic nie dadzą. Panowanie nad Urokiem rzeczywiście jest łatwe, ale najpierw on musi się do nas przyzwyczaić. Dlatego tu jesteśmy - żeby nie zdarzały się wpadki z niewykorzystaniem mocy.
- Musimy działać? - zapytałam. Iris kiwnęła głową. Tego się obawiałam...
Spotkanie z Albertem zbliżało się wielkimi krokami. Ze współlokatorką dokładnie przemyślałyśmy co będę robić, jak się zachowywać, ale gdy tylko stanę przed chłopakiem nie będę nic pamiętać. Jestem tego pewna.
Zaczynam sądzić, że lepszy pomysł miał Ross. Może gdyby udawał przyjaciela Donka...
- A gdzie uczniowie? - krzyknęła zszokowana kobieta, która weszła do sali.
- Wyszli, proszę pani.
- Ale ja miałam poprowadzić zastępstwo za pana Andersona - odpowiedziała dziwnie piskliwym głosem. Była młoda, ale przerażająco chuda, co z pewnością dodawało jej lat. W oczy rzuciły mi się złote wzory nad jej lewą brwią, nie przysłoniętą kolorowymi włosami.
- Jestem tutaj od niedawna. Dopiero co przyjechałam z Normadii. Ciągle pracuję w bibliotece... - Naprawdę nie interesowało mnie to co mówi ta dziwna kobieta. Zaraz, ale czy ona powiedziała, że pracuje w...
- W bibliotece? - zapytała zaciekawiona Iris.
- Oczywiście, że w bibliotece. - Kolorowowłosa uśmiechnęła się szeroko, ukazując szereg białych zębów. Byłam ciekawa co takiego zrobiła, że tak wygląda. Czy to jakaś moda z północnej magicznej strefy?
- A czy mogłaby nas pani zaprowadzić? Szukamy kilku książek...
- Moje złotka, oczywiście! Chodźcie za mną! - wypiszczała i wyszła z klasy, nie interesując się tym, że amerykańscy Juniorzy uciekli z lekcji.
- Będzie ok - powiedziała Isia i pociągnęła mnie za ramię.
Kiedy dogoniłyśmy kobietę musiałyśmy wejść po krętych schodach na jedno z wyższych pięter budynku uczelnianego. Na końcu korytarza znalazłyśmy ogromne drewniane drzwi.
Normadka wyciągnęła z rozkloszowanej sukni pęk kluczy. Już po chwili usłyszałyśmy cichy zgrzyt i zostałyśmy wprowadzone do biblioteki.
- Czego szukacie, skarbki? - zapytała.
- Jest tu coś o podziemnej bibliotece Awnas? - zapytałam, zanim Iris zdołała otworzyć usta.
- Czyli interesuje was historia? Chyba coś mam, złociutkie... - powiedziała, a chwilę potem siedziałyśmy przy wielkim stole zawalonym ciężkimi księgami.
- Niech nie ma mi pan za złe, ale uważam, że spisałem się bardzo dobrze - odpowiedział chłopak. Stał obok katedry, tuż przy nauczycielu, który sprawdzał jego zadanie na temat wolnych dni w Awnas.
- Panie Lynch, dam panu dostateczną ocenę. Nie napisał pan tego tak wybitnie jak panna Caroll - westchnął profesor uśmiechając się do jedenastostronnicowej pracy Iris.
Naburmuszony Ross wrócił na swoje miejsce. Spojrzałam na niego. Dokładnie widziałam jak chowa ręce do kieszeni, a w niej coś ściska. Chłopak zamknął oczy i usłyszałam pisk wykładowcy. Przeniosłam wzrok na biurko i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Było pewne, że głupi Lynch jakoś się odegra, ale nie aż tak!
- Panie profesorze, niech się pan uspokoi - krzyknęła Iris i zbiegła do nauczyciela. Stanęła koło niego i przymknęła oczy. Pewnie starała się ugasić ogień na marynarce nauczyciela, ale jej się to nie udało. Ross wybuchł śmiechem. Czy przytrzymywał Urok?
- Niech ktoś pobiegnie po nauczycieli! - krzyczała Isia, próbując ugasić mały pożar.
Zaczęłam wstawać, ale wyprzedził mnie Albert, który już stał przy drzwiach. Kiedy chłopak wyszedł Iris znowu spróbowała ugasić ogień, który teraz, gdy nauczyciel ściągnął marynarkę, rozprzestrzeniał się w zabójczym tempie. Ale tym razem dziewczynie się udało. Spojrzałam na Rossa, który nadal miał zamknięte oczy. Czyli on tego nie wymyślił... Nie umieliśmy jeszcze panować nad magią z otwartymi oczami. Brzmi to śmiesznie, ale łatwiej jest się nam skupić, gdy mamy chociaż przymróżone powieki. Żeby zdjąć zaklęcie Ross musiałby otworzyć oczy. Proste? Nie tak bardzo...
- Co tu się dzieje? - krzyknęła niziutka, pulchna kobieta, którą kojarzyłam z przechadzek po korytarzach.
- Co się panu stało, panie Anderson? - zapytała, patrząc na lekko zwęglonego profesora.
- Już nic, naprawdę nic. Jestem tylko w lekkim szoku - wytłumaczył mężczyzna.
- Zaprowadzę pana do pielęgniarki. Urok panu pomoże - oznajmiła Iris i pomogła wykładowcy wstać z krzesła. Po chwili zniknęła z nim za drzwiami.
- Co tak właściwie się stało? - zapytała dziewczyna siedząca przede mną. Sama nie wiedziałam dokładnie kiedy ktoś "podpalił" profesora.
Rozejrzałam się po sali. Ross nadal siedział na swoim miejscu, Albert stał przy drzwiach, a Iris przyglądała się marynarce, którą wykładowca zostawił na biurku.
- Mamy wolne? - zapytał ktoś. Jak na zawołanie Juniorzy zaczęli składać swoje rzeczy i rozmawiać. Nie byłam zdolna do jakiegokolwiek ruchu. To nie był przypadek, ktoś celowo chciał się pozbyć Andersona. Ale dlaczego?
Delikatnym ruchem dłoni przywołałam do siebie Iris. Usiadła na krześle obok mnie i razem czekałyśmy aż osiemnastolatkowie wyjdą.
- Ktoś bardzo zdolny to zrobił - stwierdziłam, gdy upewniłam się, że jesteśmy same. Teraz nie był czas na rozmowy w pokoju.
- Utrzymywał ogień. Poza tym, jeszcze niczego się nie nauczyliśmy. Sama teoria i niewidzialność. - Iris poprawiła czerwone włosy.
- Dobrze wiesz jak wygląda władza nad Urokiem... - zaczęłam, ale dziewczyna mi przerwała.
- Wiem - powiedziała, dając mi do zrozumienia, że takie rozmówki nic nie dadzą. Panowanie nad Urokiem rzeczywiście jest łatwe, ale najpierw on musi się do nas przyzwyczaić. Dlatego tu jesteśmy - żeby nie zdarzały się wpadki z niewykorzystaniem mocy.
- Musimy działać? - zapytałam. Iris kiwnęła głową. Tego się obawiałam...
Spotkanie z Albertem zbliżało się wielkimi krokami. Ze współlokatorką dokładnie przemyślałyśmy co będę robić, jak się zachowywać, ale gdy tylko stanę przed chłopakiem nie będę nic pamiętać. Jestem tego pewna.
Zaczynam sądzić, że lepszy pomysł miał Ross. Może gdyby udawał przyjaciela Donka...
- A gdzie uczniowie? - krzyknęła zszokowana kobieta, która weszła do sali.
- Wyszli, proszę pani.
- Ale ja miałam poprowadzić zastępstwo za pana Andersona - odpowiedziała dziwnie piskliwym głosem. Była młoda, ale przerażająco chuda, co z pewnością dodawało jej lat. W oczy rzuciły mi się złote wzory nad jej lewą brwią, nie przysłoniętą kolorowymi włosami.
- Jestem tutaj od niedawna. Dopiero co przyjechałam z Normadii. Ciągle pracuję w bibliotece... - Naprawdę nie interesowało mnie to co mówi ta dziwna kobieta. Zaraz, ale czy ona powiedziała, że pracuje w...
- W bibliotece? - zapytała zaciekawiona Iris.
- Oczywiście, że w bibliotece. - Kolorowowłosa uśmiechnęła się szeroko, ukazując szereg białych zębów. Byłam ciekawa co takiego zrobiła, że tak wygląda. Czy to jakaś moda z północnej magicznej strefy?
- A czy mogłaby nas pani zaprowadzić? Szukamy kilku książek...
- Moje złotka, oczywiście! Chodźcie za mną! - wypiszczała i wyszła z klasy, nie interesując się tym, że amerykańscy Juniorzy uciekli z lekcji.
- Będzie ok - powiedziała Isia i pociągnęła mnie za ramię.
Kiedy dogoniłyśmy kobietę musiałyśmy wejść po krętych schodach na jedno z wyższych pięter budynku uczelnianego. Na końcu korytarza znalazłyśmy ogromne drewniane drzwi.
Normadka wyciągnęła z rozkloszowanej sukni pęk kluczy. Już po chwili usłyszałyśmy cichy zgrzyt i zostałyśmy wprowadzone do biblioteki.
- Czego szukacie, skarbki? - zapytała.
- Jest tu coś o podziemnej bibliotece Awnas? - zapytałam, zanim Iris zdołała otworzyć usta.
- Czyli interesuje was historia? Chyba coś mam, złociutkie... - powiedziała, a chwilę potem siedziałyśmy przy wielkim stole zawalonym ciężkimi księgami.
~~*~~*~~
Cześć!
Jak widzicie, jest to już szósty rozdział Tajemnic Awnas. Cóż, żadna jeszcze nie jest rozwiązana, a ja dodaje nowe. Tylko ja i Verini wiemy co rzeczywiście się stało.
Jedenaście stron wypracowania - takie coś zdarzyło się naprawdę. Jest to hołd w stronę mojego opowiadania i postaci rozhisteryzowanego centaura z kompleksem niższości gatunkowej.
Tradycyjnie podziękowania dla komentujących, czyli Karci, ponczka i Verini, która, tak jak zawsze, sprawdziła rozdział. Wiem, że rozdziały są krótkie i nieco nierozgarnięte, ale nie chcę Wam zdradzać wszystkiego. Poza tym pisze wszystko na telefonie.
Myślę, że rozdział siódmy będzie niezłym zaskoczeniem. W sekrecie powiem, że wystąpi tam Calum, jako "pomocnik" Rossa w pewnej sprawie. Verini - cisza!
Bardzo dziękuję za to, że wchodzicie i pobiliście 1000 wyświetleń!
Bardzo dziękuję za to, że wchodzicie i pobiliście 1000 wyświetleń!
sobota, 7 lutego 2015
Rozdział 5
Zmęczenie dawało się we znaki chociaż dopiero wstałam z łóżka. Nie było to dziwne, ponieważ spać poszłam po północy. Godziny rozmowy z Iris przemijały jak minuty, a minuty jeszcze szybciej. Dzięki temu pomogłyśmy sobie nawzajem.
- Iris! - wrzasnęłam do ucha dziewczyny. Różowowłosa aż podskoczyła.
- Czemu tak krzyczysz? - zapytała, przecierając oczy.
- Za chwilę mamy kurs uroku. - przypomniałam. Isia powoli wyszła z łóżka.
- Mamy dziesięć minut.
I wtedy zaczęło się prawdziwe szaleństwo...
Moja, em... uznajmy, że przyjaciółka, biegała od szafy do łazienki. Jedną z wielu rzeczy, których nauczył ją wujek, definitywnie było to, że do wiedzy musi się spieszyć. Iris, oczywiście, to zapamiętała i po prawie pięciu minutach stała przy mnie, gotowa do wyjścia.
- Laura, musimy dzisiaj napisać list do rady.
- Jak tylko skończymy zajęcia - stwierdziłam, a różowowłosa przyznała mi rację.
- Caroll, przyjdź do mnie!
Iris wstała ze starego krzesła i podeszła do katedry, na której stał starszy mężczyzna.
- Zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś nie widzialna.
Dziewczyna zrobiła to co kazał wykładowa. Po dwóch godzinach teoretycznych zajęć na temat znikania z użyciem uroku, przyszedł czas na praktykę. Większość naszych nauczycieli od razu pokochało Iris. Była najlepszą uczennicą na naszym roku.
Widać było skupienie na twarzy różowowłosej. Przez kilka sekund stała obok katedry, a w końcu zniknęła. Wszyscy, włącznie z nauczycielem, wpatrywaliśmy się w miejsce, gdzie przed chwilą stała moja przyjaciółka.
- Iris! - zawołał wykładowca. - Pokaż się!
Poczułam jak ktoś dotyka moje ramię.
- To ja... - szepnęła Isia. - Mam tu coś.
- Iris! - nauczyciel denerwował się coraz bardziej.
- Tutaj jestem, profesorze - powiedziała dziewczyna i pojawiła się koło elfa. Mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony.
- Panno Caroll, dlaczego masz czerwone włosy? - zapytał.
- Mała zmiana... Czy mogę już usiąść?
Nauczyciel kiwnął głową, a Iris odwróciła się w moją stronę. Wskazała palcem na podłogę i powoli zaczęła wracać na swoje miejsce. Spojrzałam na posadzkę i zobaczyłam pęk kluczy. Rozglądnęłam się po sali, ale dla pewnosci zrzuciłam jedną ze książek. Gdy upadła schyliłam się, a klucze rzuciłam na kolana.
- Co to było? - zapytał Ross, który siedział po mojej prawej stronie.
- Nieważne - stwierdziłam i schowałam klucze do kieszeni.
- Tak właśnie wygląda znikanie za pomocą uroku. Gratulacje dla panny Caroll. Czy ktoś jeszcze chce spróbować?
- Co to za klucze? - zapytałam, gdy tylko weszłyśmy do pokoju.
- Skopiowałam te z biurka wykładowcy, kiedy byłam niewidzialna. Popatrz na to - powiedziała i wskazała na jeden z kluczyków.
- Podziemna biblioteka?
- Tak, wujek mówił, że pod Awnas istnieje wielka sala, w której książki i pamiątki są zbierane od początku.
- Czyli?
- Może przeszłość ma jakiś związek z Albertem.
- Nie wątpie, ale kiedy to możemy zrobić?
- Jutro idziesz na randkę, prawda?
- To nie jest randka - wtrąciłam.
- Prawda - Iris puściła mimo uszu moją uwagę. - Popatrz mu w oczy, sprawdź jak się zachowuje.
Usłyszałyśmy ciche pukanie. Iris podeszła do okna i otworzyła je. Do naszego pokoju wleciała śnieżnobiała sowa.
- Ona ma list - powiedziała dziewczyna i wyciągnęła kartkę z dzioba sówki.
- To tak jak w "Harrym Potterze"?
Iris kiwnęła głową.
- Może radzie tak bardzo spodobały się sowy z książki, że postanowili dodać je do naszego świata? - zaproponowała i zaczęła otwierać list. Przełamała ciemnoczerwoną pieczęć i wyciągnęła kartkę.
- Przeczytaj - poprosiłam.
- Szanowne panie Caroll i Marano oraz panie Lynch! Rada czeka na list od Was już od kilku dni. Czy naprawdę nic się nie dowiedzieliście? Pamiętajcie, że macie niecałe trzy miesiące na odkrycie tajemnic pana Donk. Wierzymy, że się państwu uda jednak prosimy o wysłanie listu z odpowiedzią, co się stało i czy już coś wiecie?
Rada.
Między nami zapadła głucha cisza.
- Czyli mamy napisać list? - w końcu przerwałam milczenie.
- Myślę, że tak.
- A Ross? - zapytałam. Iris zamyśliła się chwilę.
- Myślę, że pominiemy ten wątek. Na razie będziemy go mieć na oku. Tylko tyle.
~~*~~*~~
Witajcie!
Piąty rozdział już za Wami jak sądzę. Jak się podobał?
Poznajecie coraz więcej tajemnic Awnas, które musi rozwiązać Laura, Iris i Ross. Ale jak widzicie, Ross nadal jest obrażony i ani myśli przeprosić dziewczyn. Już mam pomysł co się stanie, ale odpowiedź na to poznacie za dwa, trzy rozdziały.
Tradycyjnie podziękowania: dla Verini za sprawdzenie rozdziału oraz dla komentujących.
Rozdział szósty już sprawdzony, ale pojawi się dopiero, gdy napiszę siódemkę.
Pozdrawiam, Anais
- Iris! - wrzasnęłam do ucha dziewczyny. Różowowłosa aż podskoczyła.
- Czemu tak krzyczysz? - zapytała, przecierając oczy.
- Za chwilę mamy kurs uroku. - przypomniałam. Isia powoli wyszła z łóżka.
- Mamy dziesięć minut.
I wtedy zaczęło się prawdziwe szaleństwo...
Moja, em... uznajmy, że przyjaciółka, biegała od szafy do łazienki. Jedną z wielu rzeczy, których nauczył ją wujek, definitywnie było to, że do wiedzy musi się spieszyć. Iris, oczywiście, to zapamiętała i po prawie pięciu minutach stała przy mnie, gotowa do wyjścia.
- Laura, musimy dzisiaj napisać list do rady.
- Jak tylko skończymy zajęcia - stwierdziłam, a różowowłosa przyznała mi rację.
- Caroll, przyjdź do mnie!
Iris wstała ze starego krzesła i podeszła do katedry, na której stał starszy mężczyzna.
- Zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś nie widzialna.
Dziewczyna zrobiła to co kazał wykładowa. Po dwóch godzinach teoretycznych zajęć na temat znikania z użyciem uroku, przyszedł czas na praktykę. Większość naszych nauczycieli od razu pokochało Iris. Była najlepszą uczennicą na naszym roku.
Widać było skupienie na twarzy różowowłosej. Przez kilka sekund stała obok katedry, a w końcu zniknęła. Wszyscy, włącznie z nauczycielem, wpatrywaliśmy się w miejsce, gdzie przed chwilą stała moja przyjaciółka.
- Iris! - zawołał wykładowca. - Pokaż się!
Poczułam jak ktoś dotyka moje ramię.
- To ja... - szepnęła Isia. - Mam tu coś.
- Iris! - nauczyciel denerwował się coraz bardziej.
- Tutaj jestem, profesorze - powiedziała dziewczyna i pojawiła się koło elfa. Mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony.
- Panno Caroll, dlaczego masz czerwone włosy? - zapytał.
- Mała zmiana... Czy mogę już usiąść?
Nauczyciel kiwnął głową, a Iris odwróciła się w moją stronę. Wskazała palcem na podłogę i powoli zaczęła wracać na swoje miejsce. Spojrzałam na posadzkę i zobaczyłam pęk kluczy. Rozglądnęłam się po sali, ale dla pewnosci zrzuciłam jedną ze książek. Gdy upadła schyliłam się, a klucze rzuciłam na kolana.
- Co to było? - zapytał Ross, który siedział po mojej prawej stronie.
- Nieważne - stwierdziłam i schowałam klucze do kieszeni.
- Tak właśnie wygląda znikanie za pomocą uroku. Gratulacje dla panny Caroll. Czy ktoś jeszcze chce spróbować?
- Co to za klucze? - zapytałam, gdy tylko weszłyśmy do pokoju.
- Skopiowałam te z biurka wykładowcy, kiedy byłam niewidzialna. Popatrz na to - powiedziała i wskazała na jeden z kluczyków.
- Podziemna biblioteka?
- Tak, wujek mówił, że pod Awnas istnieje wielka sala, w której książki i pamiątki są zbierane od początku.
- Czyli?
- Może przeszłość ma jakiś związek z Albertem.
- Nie wątpie, ale kiedy to możemy zrobić?
- Jutro idziesz na randkę, prawda?
- To nie jest randka - wtrąciłam.
- Prawda - Iris puściła mimo uszu moją uwagę. - Popatrz mu w oczy, sprawdź jak się zachowuje.
Usłyszałyśmy ciche pukanie. Iris podeszła do okna i otworzyła je. Do naszego pokoju wleciała śnieżnobiała sowa.
- Ona ma list - powiedziała dziewczyna i wyciągnęła kartkę z dzioba sówki.
- To tak jak w "Harrym Potterze"?
Iris kiwnęła głową.
- Może radzie tak bardzo spodobały się sowy z książki, że postanowili dodać je do naszego świata? - zaproponowała i zaczęła otwierać list. Przełamała ciemnoczerwoną pieczęć i wyciągnęła kartkę.
- Przeczytaj - poprosiłam.
- Szanowne panie Caroll i Marano oraz panie Lynch! Rada czeka na list od Was już od kilku dni. Czy naprawdę nic się nie dowiedzieliście? Pamiętajcie, że macie niecałe trzy miesiące na odkrycie tajemnic pana Donk. Wierzymy, że się państwu uda jednak prosimy o wysłanie listu z odpowiedzią, co się stało i czy już coś wiecie?
Rada.
Między nami zapadła głucha cisza.
- Czyli mamy napisać list? - w końcu przerwałam milczenie.
- Myślę, że tak.
- A Ross? - zapytałam. Iris zamyśliła się chwilę.
- Myślę, że pominiemy ten wątek. Na razie będziemy go mieć na oku. Tylko tyle.
~~*~~*~~
Witajcie!
Piąty rozdział już za Wami jak sądzę. Jak się podobał?
Poznajecie coraz więcej tajemnic Awnas, które musi rozwiązać Laura, Iris i Ross. Ale jak widzicie, Ross nadal jest obrażony i ani myśli przeprosić dziewczyn. Już mam pomysł co się stanie, ale odpowiedź na to poznacie za dwa, trzy rozdziały.
Tradycyjnie podziękowania: dla Verini za sprawdzenie rozdziału oraz dla komentujących.
Rozdział szósty już sprawdzony, ale pojawi się dopiero, gdy napiszę siódemkę.
Pozdrawiam, Anais
sobota, 31 stycznia 2015
Liebster Blog Award
Może i blog nie ma nawet miesiąca, ale zostałam nominowana do LBA! Tymi dobrymi osobistościami były autorki bloga Ross i Laura - to nasze życie.
Oczywiście, uśmiechnięta, chciałam sprawdzić z jakimi pytaniami będę musiała się zmierzyć.
1. Jaki kolor jest twoim ulubionym?
Szczerze mówiąc - mam ich wiele. Jestem całkowicie zauroczona kolorami Slytherinu, czyli ciemną zielenią i srebrem. Oprócz tego brąz, inne odcienie zielonego, czerwony, żółty... Dużo tego.
2. Czy masz zwierzątko i jakie?
Tak, mam od niedawana psa rasy shih tzu. Wredny mały zabójca, który tylko myśli o wylegiwaniu się na kanapie...
3. Czy spotkałaś swojego idola?
Jestem ogromną fanką miętowej czekolady, więc tak - spotkałam swojego idola.
4. Jaka jest Twoja ulubiona książka i film?
Uwielbiam serię Ricka Riordana "Percy Jackson i bogowie olimpijscy". Oprócz tego jedyny w swoim rodzaju "Harry Potter". Bardzo też lubię "Żelazny Dwór" Julie Kagawy.
Kocham filmy o superbohaterach Marvela."Kapitan Ameryka", "Spider-Man", "Avengers"... Niekończące się tytuły...
5. Czy masz rodzeństwo?
Tak, mam młodszą siostrę.
6. Jaki owoc lubisz najbardziej?
Tutaj też nie mogę podjąć decyzji. Maliny, truskawki, brzoskwinie, arbuzy...
7. Jakie masz hobby poza blogowaniem?
Czytam książki, trzy razy w tygodniu chodzę na siatkówkę, oglądam piłkę ręczną i chodzę na szkolny chór. Mój grafik jest trochę napięty i większość czasu spędzam w szkole. Wbrew pozorom - to tam tworzę najlepsze części rozdziałów.
8. Jakie blogi czytasz i jakie byś mi poleciła?
Jeżeli chodzi o takie z opowiadaniem to jeszcze nie dawno były trzy: Tylko my sami możemy pozwolić szczęściu wkroczyć w nasze życie Anabell Fray oraz dwa autorstwa Mαяу Jαηє, czyli Written In The Stars i Naughty boy and cute girl.
Kilka innych to analizatornie PLUS, NAKWa i Karny Kaktus.
9. Jaki jest twój ulubiony rodzaj muzyki?
Nie mam. Słucham prawie wszystkiego co popadnie.
10. Jaką masz ulubioną piosenkę R5?
I tutaj wszystkich zaskoczę! Nie słucham R5! Po prostu wolę starsze piosenki takich zespołów jak Queen i Bon Jovi. A po lekcji historii także Saboton wchodzi w grę.
11. Jakie pary shippujesz?
Oczywiście Raura i Rikessa. Na pierwszym miejscu też Percabeth, a od niedawna całkiem ciekawa wydaje mi się para Dramione. Ale chyba każdy wie, że trzeba to napisać jak najlepiej i jak najbardziej realistycznie.
Tak! To już koniec pytań do mnie. Teraz ja zostanę katem i powymyślam kilka pytań dla osób, które nominuję. A są to:
- Verini Sensitive z blogiem raura-unlikely-story.blogspot.com
- Anabell Fray z blogiem my-life-will-be-my-fairytale.blogspot.com
Więcej autorek nie nominuję, bo innych blogów nie czytam.
A teraz czas na jedenaście pytań!
1. Jakie masz hobby?
2. Jaki jest Twój ulubiony sport?
3. Ulubiony pairing?
4. Jest bardzo dużo książek. Jaka jest Twoja ulubiona?
5. Co jest według Ciebie najważniejszym przedmiotem w Twoim życiu?
6. Co jest, według Ciebie, zupełnie niepotrzebne?
7. Co sądzisz o walentynkach?
8. Twoja ulubiona potrawa?
9. Co myślisz o chłopakach, którzy uważają, że są lepsi od dziewczyn?
10. Czy masz rodzeństwo?
11. Jak chciałabyś mieć na imię?
Zmęczenie daje się we znaki, więc kończę i serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników
Anais
Oczywiście, uśmiechnięta, chciałam sprawdzić z jakimi pytaniami będę musiała się zmierzyć.
1. Jaki kolor jest twoim ulubionym?
Szczerze mówiąc - mam ich wiele. Jestem całkowicie zauroczona kolorami Slytherinu, czyli ciemną zielenią i srebrem. Oprócz tego brąz, inne odcienie zielonego, czerwony, żółty... Dużo tego.
2. Czy masz zwierzątko i jakie?
Tak, mam od niedawana psa rasy shih tzu. Wredny mały zabójca, który tylko myśli o wylegiwaniu się na kanapie...
3. Czy spotkałaś swojego idola?
Jestem ogromną fanką miętowej czekolady, więc tak - spotkałam swojego idola.
4. Jaka jest Twoja ulubiona książka i film?
Uwielbiam serię Ricka Riordana "Percy Jackson i bogowie olimpijscy". Oprócz tego jedyny w swoim rodzaju "Harry Potter". Bardzo też lubię "Żelazny Dwór" Julie Kagawy.
Kocham filmy o superbohaterach Marvela."Kapitan Ameryka", "Spider-Man", "Avengers"... Niekończące się tytuły...
5. Czy masz rodzeństwo?
Tak, mam młodszą siostrę.
6. Jaki owoc lubisz najbardziej?
Tutaj też nie mogę podjąć decyzji. Maliny, truskawki, brzoskwinie, arbuzy...
7. Jakie masz hobby poza blogowaniem?
Czytam książki, trzy razy w tygodniu chodzę na siatkówkę, oglądam piłkę ręczną i chodzę na szkolny chór. Mój grafik jest trochę napięty i większość czasu spędzam w szkole. Wbrew pozorom - to tam tworzę najlepsze części rozdziałów.
8. Jakie blogi czytasz i jakie byś mi poleciła?
Jeżeli chodzi o takie z opowiadaniem to jeszcze nie dawno były trzy: Tylko my sami możemy pozwolić szczęściu wkroczyć w nasze życie Anabell Fray oraz dwa autorstwa Mαяу Jαηє, czyli Written In The Stars i Naughty boy and cute girl.
Kilka innych to analizatornie PLUS, NAKWa i Karny Kaktus.
9. Jaki jest twój ulubiony rodzaj muzyki?
Nie mam. Słucham prawie wszystkiego co popadnie.
10. Jaką masz ulubioną piosenkę R5?
I tutaj wszystkich zaskoczę! Nie słucham R5! Po prostu wolę starsze piosenki takich zespołów jak Queen i Bon Jovi. A po lekcji historii także Saboton wchodzi w grę.
11. Jakie pary shippujesz?
Oczywiście Raura i Rikessa. Na pierwszym miejscu też Percabeth, a od niedawna całkiem ciekawa wydaje mi się para Dramione. Ale chyba każdy wie, że trzeba to napisać jak najlepiej i jak najbardziej realistycznie.
Tak! To już koniec pytań do mnie. Teraz ja zostanę katem i powymyślam kilka pytań dla osób, które nominuję. A są to:
- Verini Sensitive z blogiem raura-unlikely-story.blogspot.com
- Anabell Fray z blogiem my-life-will-be-my-fairytale.blogspot.com
Więcej autorek nie nominuję, bo innych blogów nie czytam.
A teraz czas na jedenaście pytań!
1. Jakie masz hobby?
2. Jaki jest Twój ulubiony sport?
3. Ulubiony pairing?
4. Jest bardzo dużo książek. Jaka jest Twoja ulubiona?
5. Co jest według Ciebie najważniejszym przedmiotem w Twoim życiu?
6. Co jest, według Ciebie, zupełnie niepotrzebne?
7. Co sądzisz o walentynkach?
8. Twoja ulubiona potrawa?
9. Co myślisz o chłopakach, którzy uważają, że są lepsi od dziewczyn?
10. Czy masz rodzeństwo?
11. Jak chciałabyś mieć na imię?
Zmęczenie daje się we znaki, więc kończę i serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników
Anais
czwartek, 29 stycznia 2015
Rozdział 4
Wdech, wydech... Uspokój się Laura, pomyślałam.
Byłam coraz bardziej zdenerwowana. Czułam w gardle wielką gulę, a żołądek skręcał mi się w najróżniejsze pozy.
Albert E. Donk, jak dowiedziała się Iris, był wysokim, czarnowłosym chłopakiem. Chudzielec rozejrzał się po boisku.
Podeszłam do niego. Spojrzał na mnie z wyższością, ale nie dałam mu się sprowokować.
- Cześć, jestem Laura - powiedziałam. Donk nie odpowiadał mi przez chwilę. Zaczęłam się jeszcze bardziej denerwować, ale niepotrzebnie, bo już po chwili się przedstawił. Uśmiechnęłam się pod nosem i spojrzałam mu odważnie w twarz. Był przystojny, ale jego wygląd psuła długa blizna, która ciągnęła się przez lewy policzek.
- Masz do mnie jakąś sprawę? - zapytał. Speszyłam się, gdy uzmysłowił mi, że gapiłam się na niego od dłuższego czasu.
- Tak sobie pomyślałam, że może masz dzisiaj czas?
- Dzisiaj nie, ale w sobotę... - odpowiedział wymijająco. Zastanowiłam się przez chwilę.
- Sobota... Jest ok. Spotkajmy się przed fontanną koło domku dla Juniorów - stwierdziłam. Wymieniliśmy między sobą uśmiechy i wróciłam do Rossa i Iris.
- Jak poszło? - zapytała podekscytowana dziewczyna.
- Pojutrze mamy się spotkać.
- Popatrzyłaś mu w oczy?
Spojrzałam na Rossa zdenerwowana. On zupełnie nie ma taktu!
- Oczywiście, po raz pierwszy rozmawialiśmy, a ja nic tylko skupiałam się na oczach!
Iris trzepnęła Lyncha w tył głowy.
- Jesteś głupi - przyznała.
- To nie moja wina, że zamiast pomagać, ty umawiasz się z wrogiem na randki - stwierdził oburzony chłopak. Powoli miałam go dosyć. Pierwsze, dobre wrażenie teraz zdawało się wyparować, bo blondyn zachowywał się zupełnie inaczej.
- To nie jest randka. To jest spotkanie znajomych, a ja mam zdobyć jego zaufanie.
- Zaraz, była mowa tylko o spojrzeniu mu w oczy!
- Posłuchaj, Ross - zaczęła Iris. - Według mnie będzie lepiej, kiedy Laura stanie się kimś ważnym dla Alberta. Musisz być blisko przyjaciół, ale jeszcze bliżej wrogów.
Ross spojrzał na mnie, na Iris i na Juniorów w okolicy. Był zdenerwowany.
- Jeden raz wam odpuściłem, ale teraz nie dam rady - powiedział.
- Dobrze wiemy, że żartujesz - zaśmiałam się.
Ale Lynch nie żartował. Odwrócił się od nas i do końca zajęć, spędzał czas w towarzystwie innych Juniorów.
Gdy wszyscy mieliśmy iść na lekcje, tym razem psychologiczne, podeszłam do niego. Sama, bo Iris odmówiła jakichkolwiek przymierzy z blondynkiem. Chłopak siedział przed salą. Chciałam dojść z nim do porozumienie, jednak on ciągle to utrudniał. W końcu skapitulowałam i weszłam do klasy. Pół godziny teorii nie minęło szybko, więc cieszyłam się, kiedy jeden z nauczycieli w Awnas powiedział, że już mamy wolne. Marzyłam o zamknięciu się w pokoju i nie wpuszczaniu tam nikogo, chociaż dobrze wiedziałam, że mieszka tam też Isia.
Byłam coraz bardziej zdenerwowana. Czułam w gardle wielką gulę, a żołądek skręcał mi się w najróżniejsze pozy.
Albert E. Donk, jak dowiedziała się Iris, był wysokim, czarnowłosym chłopakiem. Chudzielec rozejrzał się po boisku.
Podeszłam do niego. Spojrzał na mnie z wyższością, ale nie dałam mu się sprowokować.
- Cześć, jestem Laura - powiedziałam. Donk nie odpowiadał mi przez chwilę. Zaczęłam się jeszcze bardziej denerwować, ale niepotrzebnie, bo już po chwili się przedstawił. Uśmiechnęłam się pod nosem i spojrzałam mu odważnie w twarz. Był przystojny, ale jego wygląd psuła długa blizna, która ciągnęła się przez lewy policzek.
- Masz do mnie jakąś sprawę? - zapytał. Speszyłam się, gdy uzmysłowił mi, że gapiłam się na niego od dłuższego czasu.
- Tak sobie pomyślałam, że może masz dzisiaj czas?
- Dzisiaj nie, ale w sobotę... - odpowiedział wymijająco. Zastanowiłam się przez chwilę.
- Sobota... Jest ok. Spotkajmy się przed fontanną koło domku dla Juniorów - stwierdziłam. Wymieniliśmy między sobą uśmiechy i wróciłam do Rossa i Iris.
- Jak poszło? - zapytała podekscytowana dziewczyna.
- Pojutrze mamy się spotkać.
- Popatrzyłaś mu w oczy?
Spojrzałam na Rossa zdenerwowana. On zupełnie nie ma taktu!
- Oczywiście, po raz pierwszy rozmawialiśmy, a ja nic tylko skupiałam się na oczach!
Iris trzepnęła Lyncha w tył głowy.
- Jesteś głupi - przyznała.
- To nie moja wina, że zamiast pomagać, ty umawiasz się z wrogiem na randki - stwierdził oburzony chłopak. Powoli miałam go dosyć. Pierwsze, dobre wrażenie teraz zdawało się wyparować, bo blondyn zachowywał się zupełnie inaczej.
- To nie jest randka. To jest spotkanie znajomych, a ja mam zdobyć jego zaufanie.
- Zaraz, była mowa tylko o spojrzeniu mu w oczy!
- Posłuchaj, Ross - zaczęła Iris. - Według mnie będzie lepiej, kiedy Laura stanie się kimś ważnym dla Alberta. Musisz być blisko przyjaciół, ale jeszcze bliżej wrogów.
Ross spojrzał na mnie, na Iris i na Juniorów w okolicy. Był zdenerwowany.
- Jeden raz wam odpuściłem, ale teraz nie dam rady - powiedział.
- Dobrze wiemy, że żartujesz - zaśmiałam się.
Ale Lynch nie żartował. Odwrócił się od nas i do końca zajęć, spędzał czas w towarzystwie innych Juniorów.
Gdy wszyscy mieliśmy iść na lekcje, tym razem psychologiczne, podeszłam do niego. Sama, bo Iris odmówiła jakichkolwiek przymierzy z blondynkiem. Chłopak siedział przed salą. Chciałam dojść z nim do porozumienie, jednak on ciągle to utrudniał. W końcu skapitulowałam i weszłam do klasy. Pół godziny teorii nie minęło szybko, więc cieszyłam się, kiedy jeden z nauczycieli w Awnas powiedział, że już mamy wolne. Marzyłam o zamknięciu się w pokoju i nie wpuszczaniu tam nikogo, chociaż dobrze wiedziałam, że mieszka tam też Isia.
- Puk, puk... - usłyszałam za drzwiami.
- Chcesz wejść akurat teraz? Błagam, daj mi spokój...
- Laura, nie dramatyzuj. Dobrze wiem, że potrzebna ci jest szczera rozmowa - stwierdziła Iris. Miała rację, ale tę szczerą rozmowę chciałam przeprowadzić albo z siostrą albo z mamą. Ale ich tu nie było, a wysyłanie listów nie mogło się równać ze spojrzeniem sobie prosto w oczy. Przez listy nikt cię nie przytuli...
Wstałam z łóżka i podeszłam do drzwi. Zawahałam się przez chwilę. W końcu to jej pokój... Przekręciłam klucz w zamku i wróciłam pod kołdrę.
- O przodkowie! Co ci jest? - krzyknęła Iris, gdy tylko weszła do pokoju. Zamknęła za sobą drzwi i usiadła obok mnie.
- Co się stało?
Nie odpowiedziałam, nie byłam w stanie. Po prostu przytuliłam się do niej. W pierwszym momencie zachowywała się tak, jakby nigdy w życiu nikt jej nie przytulił. Potem zauważyłam jak uśmiecha się lekko i zaplata swoje ręce w okół mnie. Tak bardzo brakowało mi czyjejś bliskości...
- Lau, co się stało? - zapytała. Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się psując jej przepiękną bluzkę. Właśnie tak nazywał mnie mój tata. Zanim zniknął. Iris zorientowała się, że nic nie może teraz zrobić. Przytuliła mnie jeszcze mocniej i podawała chusteczki. Może też tak kiedyś miała, więc teraz wiedziała czego mi potrzeba?
- Dlaczego on taki jest? - zapytałam, gdy się uspokoiłam. Iris spojrzała na mnie pytająco. - Chodzi mi o Rossa.
- Nie wiem... Może jest zły, że go nie słuchasz?
- Dobrze wiesz, że jego pomysły nie wypaliłyby. Lepiej dłużej poczekać, ale dowiedzieć się więcej.
Różowowłosa zamyśliła się. Ja też nie chciałam dorzucać czegoś nie na miejscu. Siedziałyśmy cicho.
- Może się o ciebie martwi? - zasugerowała dziewczyna. Spojrzałam na nią roześmiana.
- Nie sądzę... Gdybyś to była ty, zachowałby się tak samo.
~~*~~*~~
Witam po ponad tygodniowej przerwie! Rozleniwiłam się, prawda, ale rozdział piąty pojawi się szybciej. Zaczęłam już szósty rozdział, a w nim dużo się stanie.
Tradycyjnie podziękowania za sprawdzenie rozdziału dla Verini oraz za skomentowanie dla niej, ponczka54 i Karcii Lynch.
Pozdrawiam, Anais
wtorek, 20 stycznia 2015
Rozdział 3
Uderzyłam w coś. Głowa pękała mi przez magiczną podróż, ale otworzyłam oczy.
- Witamy w Awnas - tłum przede mną powiedział to niemal chórem. Pewnie zobaczyli, że żyję.
- Aaaaaaaaa! - usłyszałam nad sobą i poczułam ból w plecach. Ktoś ciężki przykrył mnie swoim ciałem, a teraz nie chce się ruszyć.
- Ja nie mogę oddychać - jęknęłam i dwóch Juniorów ze zbiegowiska podeszło do mnie. Z niemałym trudem, postawi go na nogi. Przywitałam powietrze z wielką radością.
- Gdzie ja jestem? - wystękał blondyn.
- Witaj, Śpiąca Królewno - powiedział rudowłosy Junior.
- Nie jestem kobietą - odparł Ross i zasnął.
~~*~~*~~
- Na prawdę został wskazany? - zapytała Iris. Siedziałyśmy w naszym pokoju, w budynku dla Juniorów.
Kiwnęłam głową i podrapałam się w ucho, do którego jeszcze się nie przyzwyczaiłam. Urok dał o sobie znać i pod jego wpływem urosły wszystkim elfie uszy. Także nasza skóra i oczy się zmieniły. Byliśmy bledsi niż zwykle, a tęczówki i oczy się powiększyły. Było to dosyć męczące na początku, ale teraz jest już lepiej. W końcu spędziliśmy w Awnas kilka godzin.
- I ja mam wam pomóc? Tak powiedział pan Samael? - dopytywała się Iris.
- Dokładnie tak. Ty, Ross i ja. Mamy rozkminić tę całą historię z tym chłopakiem.
- Albert.
- Jaki Albert? - zapytałam i znowu podrapałam ucho.
- On ma na imię Albert. Tak go nazwali po tym jak przyszedł. I podobno jest mieszańcem. - szepnęła, jakby to była wielka tajemnica. I była, nikt nie chciał być mieszańcem wśród czystokrwistych.
- Skąd to wiesz?
- Wiadomo, plotki... Czytałam, że mieszańców można rozpoznać po zmniejszonych źrenicach w magicznej strefie.
- Musimy to sprawdzić - stwierdziłam.
- Masz rację, ale jak? - tym razem Iris podrapała się w ucho. - Jutro, po zajęciach, obgadamy to z Rossem.
Kiwnęłam głową i położyłam się na swoim łóżku. Było już po północy, a trening fizyczny zaczynał się o szóstej rano.
- Trzeba coś wykombinować. Dobranoc, Laura.
- Dobranoc - odpowiedziałam współlokatorce i zamknęłam oczy. Teraz na pewno nie zasnę. Przecież muszę coś wymyślić. Teraz.
~~*~~*~~
- Ja się nie zgadzam! - krzyknął Ross, wstając z łóżka Iris. Siedzieliśmy w naszym pokoju, tuż po skończonych zajęciach.
- Nie rozumiesz, że to jedyne wyjście? - zapytała dziewczyna. Blondyn zaczął chodzić w kółko.
- Ona ma racje. Tylko to możemy zrobić - powiedziałam.
- Żadna z was nie będzie udawała... - nie dokończył, bo mu przerwałam:
- Masz jakiś inny pomysł?
- Nie, ale...
- Czyli już mamy wszystko ustalone - stwierdziłam.
- Nie, Laura. Która z nas... - rozpoczęła Iris. Dobrze wiedziałam, że to ona chce, ale nie mogłam jej pozwolić. Isia musi wymyślić jak dowiedzieć się prawdy, więc to ja i Ross będziemy wykonywać tę "brudną" robotę.
- To chyba oczywiste - ja.
- Oszalałaś?! - wykrzyknął Ross. - Nie zrobicie tego! Ani ty, ani Iris!
- Ross, przypominam ci, że to był nasz pomysł. Jestem na tyle mądra, że nie będę się narażać.
- Mam nadzieję... Ale nie mogę ja udawać jego przyjaciela?
- Ross, przyjaciele nie są tak blisko. I psychicznie, i fizycznie - wytłumaczyła mu różowowłosa.
- To może być jedyne wyjście - dodałam. Chłopak spojrzał na nas niezdecydowany.
- Niech wam będzie - powiedział i wyszedł z pokoju.
- Tak!
~~*~~*~~
- Myślisz, że mogę ubrać te spodnie? - zapytałam Iris.
- Laura, to umowny strój na trening. Poza tym, nie możesz być nachalna.
- Ja wiem Isia, ale jak coś się nie uda? - jęknęłam. Iris podeszła do mnie i powiedziała:
- Jesteś śliczna i mądra. Na pewno ci się uda. A jeśli nie to wyślemy Rossa albo mnie.
- Nie sądzę... Może być bardziej podejrzliwy.
- Kto? - zapytała dziewczyna.
- Ten Albert.
- Masz rację... - zawiesiła się. - Ale czemu mamy się tym martwić teraz? Ubieraj się i idziemy na boisko.
Spojrzałam na magiczny zegar. Rzeczywiście pora treningu zbliżała się wielkimi krokami.
Szybko założyłam ciuchy i sportowe buty wzmacniane magią.
- Iris! - zawołałam dziewczynę. Ta, w kompletnym nieładzie, wiązała teraz włosy.
- Nie patrz się tak na mnie. Jakoś to przeżyję - stwierdziła. Weszłyśmy na korytarz, na którym spacerowało kilku Juniorów. Podszedł do nas rudowłosy chłopak. Ten, który ściągnął ze mnie Rossa.
- Hej, nie widziałyście Śpiącej Królewny? Wczoraj wrócił do pokoju naburmuszony, a dzisiaj rano zniknął jak nocny kiew na słońcu.
- Według mnie uciekł na stołówkę - powiedziała Iris. Spojrzałam na nią.
- To prawda, kiedyś mówił, że jak jest zły to je - dodałam. Rudowłosy popatrzył na nas zaniepokojony.
- On się nażre na śmierć! - krzyknął i pobiegł w stronę stołówki.
~~*~~*~~
- Dasz radę, Laura? - zapytała Iris, kładąc mi rękę na ramieniu.
- Nie wierzysz we mnie? - zaśmiałam się. Ross, dalej obrażony, spojrzał na mnie.
- Ja tam nie wierzę w powodzenie tej całej "misji" - powiedział.
- Wiesz co powiedziała rada, byłeś przy tym. Za wszelką cenę mamy się czegoś o nim dowiedzieć.
- A oni nie mogliby sprawdzić? - spytał naburmuszony, że się z nim nie zgadzamy.
- Nie mogą wejść do Awnas, a spis robią po szkoleniu - wytłumaczyła Iris.
- I są starzy i leniwi, więc nie daliby sobie rady - powiedział Ross.
- Dobrze wiesz, że to nie tak wygląda - przypomniałam.
- Laura - różowowłosa pociągnęła mnie za rękaw - już wszedł.
Wzięłam głęboki wdech.
- Trzymajcie kciuki.
~~*~~*~~
Tytuł Najgłupszej Osoby na Świecie definitywnie trafia do Anais!
Nie wierzę jak mogłam być tak, em... nieinteligentna, że skopiowałam drugi rozdział po raz drugi!
Ok, uspokój się, Anais... Wdech, wydech...
Przed Wami (albo za Wami, zależy w jakiej kolejności czytacie) TRZECI rozdział.
Tym razem bez podziękowań, ale wiadomo dla kogo są. Jeśli nie to napiszcie i dodam osobną notkę.
Zabieram się za kończenie czwartego rozdziału, w którym dowiecie się, mniej więcej, o jaki "plan" chodzi.
Pozdrawiam, Anais - głupia jak but
- Witamy w Awnas - tłum przede mną powiedział to niemal chórem. Pewnie zobaczyli, że żyję.
- Aaaaaaaaa! - usłyszałam nad sobą i poczułam ból w plecach. Ktoś ciężki przykrył mnie swoim ciałem, a teraz nie chce się ruszyć.
- Ja nie mogę oddychać - jęknęłam i dwóch Juniorów ze zbiegowiska podeszło do mnie. Z niemałym trudem, postawi go na nogi. Przywitałam powietrze z wielką radością.
- Gdzie ja jestem? - wystękał blondyn.
- Witaj, Śpiąca Królewno - powiedział rudowłosy Junior.
- Nie jestem kobietą - odparł Ross i zasnął.
~~*~~*~~
- Na prawdę został wskazany? - zapytała Iris. Siedziałyśmy w naszym pokoju, w budynku dla Juniorów.
Kiwnęłam głową i podrapałam się w ucho, do którego jeszcze się nie przyzwyczaiłam. Urok dał o sobie znać i pod jego wpływem urosły wszystkim elfie uszy. Także nasza skóra i oczy się zmieniły. Byliśmy bledsi niż zwykle, a tęczówki i oczy się powiększyły. Było to dosyć męczące na początku, ale teraz jest już lepiej. W końcu spędziliśmy w Awnas kilka godzin.
- I ja mam wam pomóc? Tak powiedział pan Samael? - dopytywała się Iris.
- Dokładnie tak. Ty, Ross i ja. Mamy rozkminić tę całą historię z tym chłopakiem.
- Albert.
- Jaki Albert? - zapytałam i znowu podrapałam ucho.
- On ma na imię Albert. Tak go nazwali po tym jak przyszedł. I podobno jest mieszańcem. - szepnęła, jakby to była wielka tajemnica. I była, nikt nie chciał być mieszańcem wśród czystokrwistych.
- Skąd to wiesz?
- Wiadomo, plotki... Czytałam, że mieszańców można rozpoznać po zmniejszonych źrenicach w magicznej strefie.
- Musimy to sprawdzić - stwierdziłam.
- Masz rację, ale jak? - tym razem Iris podrapała się w ucho. - Jutro, po zajęciach, obgadamy to z Rossem.
Kiwnęłam głową i położyłam się na swoim łóżku. Było już po północy, a trening fizyczny zaczynał się o szóstej rano.
- Trzeba coś wykombinować. Dobranoc, Laura.
- Dobranoc - odpowiedziałam współlokatorce i zamknęłam oczy. Teraz na pewno nie zasnę. Przecież muszę coś wymyślić. Teraz.
~~*~~*~~
- Ja się nie zgadzam! - krzyknął Ross, wstając z łóżka Iris. Siedzieliśmy w naszym pokoju, tuż po skończonych zajęciach.
- Nie rozumiesz, że to jedyne wyjście? - zapytała dziewczyna. Blondyn zaczął chodzić w kółko.
- Ona ma racje. Tylko to możemy zrobić - powiedziałam.
- Żadna z was nie będzie udawała... - nie dokończył, bo mu przerwałam:
- Masz jakiś inny pomysł?
- Nie, ale...
- Czyli już mamy wszystko ustalone - stwierdziłam.
- Nie, Laura. Która z nas... - rozpoczęła Iris. Dobrze wiedziałam, że to ona chce, ale nie mogłam jej pozwolić. Isia musi wymyślić jak dowiedzieć się prawdy, więc to ja i Ross będziemy wykonywać tę "brudną" robotę.
- To chyba oczywiste - ja.
- Oszalałaś?! - wykrzyknął Ross. - Nie zrobicie tego! Ani ty, ani Iris!
- Ross, przypominam ci, że to był nasz pomysł. Jestem na tyle mądra, że nie będę się narażać.
- Mam nadzieję... Ale nie mogę ja udawać jego przyjaciela?
- Ross, przyjaciele nie są tak blisko. I psychicznie, i fizycznie - wytłumaczyła mu różowowłosa.
- To może być jedyne wyjście - dodałam. Chłopak spojrzał na nas niezdecydowany.
- Niech wam będzie - powiedział i wyszedł z pokoju.
- Tak!
~~*~~*~~
- Myślisz, że mogę ubrać te spodnie? - zapytałam Iris.
- Laura, to umowny strój na trening. Poza tym, nie możesz być nachalna.
- Ja wiem Isia, ale jak coś się nie uda? - jęknęłam. Iris podeszła do mnie i powiedziała:
- Jesteś śliczna i mądra. Na pewno ci się uda. A jeśli nie to wyślemy Rossa albo mnie.
- Nie sądzę... Może być bardziej podejrzliwy.
- Kto? - zapytała dziewczyna.
- Ten Albert.
- Masz rację... - zawiesiła się. - Ale czemu mamy się tym martwić teraz? Ubieraj się i idziemy na boisko.
Spojrzałam na magiczny zegar. Rzeczywiście pora treningu zbliżała się wielkimi krokami.
Szybko założyłam ciuchy i sportowe buty wzmacniane magią.
- Iris! - zawołałam dziewczynę. Ta, w kompletnym nieładzie, wiązała teraz włosy.
- Nie patrz się tak na mnie. Jakoś to przeżyję - stwierdziła. Weszłyśmy na korytarz, na którym spacerowało kilku Juniorów. Podszedł do nas rudowłosy chłopak. Ten, który ściągnął ze mnie Rossa.
- Hej, nie widziałyście Śpiącej Królewny? Wczoraj wrócił do pokoju naburmuszony, a dzisiaj rano zniknął jak nocny kiew na słońcu.
- Według mnie uciekł na stołówkę - powiedziała Iris. Spojrzałam na nią.
- To prawda, kiedyś mówił, że jak jest zły to je - dodałam. Rudowłosy popatrzył na nas zaniepokojony.
- On się nażre na śmierć! - krzyknął i pobiegł w stronę stołówki.
~~*~~*~~
- Dasz radę, Laura? - zapytała Iris, kładąc mi rękę na ramieniu.
- Nie wierzysz we mnie? - zaśmiałam się. Ross, dalej obrażony, spojrzał na mnie.
- Ja tam nie wierzę w powodzenie tej całej "misji" - powiedział.
- Wiesz co powiedziała rada, byłeś przy tym. Za wszelką cenę mamy się czegoś o nim dowiedzieć.
- A oni nie mogliby sprawdzić? - spytał naburmuszony, że się z nim nie zgadzamy.
- Nie mogą wejść do Awnas, a spis robią po szkoleniu - wytłumaczyła Iris.
- I są starzy i leniwi, więc nie daliby sobie rady - powiedział Ross.
- Dobrze wiesz, że to nie tak wygląda - przypomniałam.
- Laura - różowowłosa pociągnęła mnie za rękaw - już wszedł.
Wzięłam głęboki wdech.
- Trzymajcie kciuki.
~~*~~*~~
Tytuł Najgłupszej Osoby na Świecie definitywnie trafia do Anais!
Nie wierzę jak mogłam być tak, em... nieinteligentna, że skopiowałam drugi rozdział po raz drugi!
Ok, uspokój się, Anais... Wdech, wydech...
Przed Wami (albo za Wami, zależy w jakiej kolejności czytacie) TRZECI rozdział.
Tym razem bez podziękowań, ale wiadomo dla kogo są. Jeśli nie to napiszcie i dodam osobną notkę.
Zabieram się za kończenie czwartego rozdziału, w którym dowiecie się, mniej więcej, o jaki "plan" chodzi.
Pozdrawiam, Anais - głupia jak but
piątek, 16 stycznia 2015
Rozdział 2
- Iris, rada zezwala ci na wejście do Awnas - powiedział pan Samael. Iris stanęła przy ciemnej wyrwie w ścianie. Jeden z członków rady kiwnął głową i urok otworzył przejście do Awnas. Różnokolorowy wir wciągnął dziewczynę. Za każdym razem trzeba było robić to od nowa, więc znudzony Ross, który stał obok mnie, co chwilę ziewał.
- Albercie, rada zezwala ci na wejście do Awnas.
Wysoki, chudy chłopak z czarnymi włosami stanął przed ścianką. Rada otworzyła wejście, a Albert wszedł w Chaos. Z chwilą, gdy przekroczył granicę między światem ludzi, a magicznym, wir stał się czarny. Rada musiała zareagować, ale nie mogli. Żaden z członków nie może wejść do Awnas w czasie szkolenia. Podobno sam Kodeks tego zabronił!
Gdy wir się zamknął, zszokowany pan Samael nakazał ciszę. Zostało jeszcze wielu Juniorów, a elfy na nich czekały.
Przywołał do siebie jednego z Uznanych, który oglądał rytuał. Chłopak miał wysłać wiadomość do Awnas i przekazać, że do magicznej strefy wdarł się ktoś kogo wskazali sami przodkowie jako kogoś specjalnego.
Rada zwołała tej nocy wyjątkowe zebranie. W końcu, po ponad godzinie, jeden z członków rady przyszedł do salonu, w którym siedziałam z resztą Juniorów i Uznanymi. Vanessa wyglądała na zmartwioną. Podobno jeszcze nigdy nie zdarzyło się wskazanie przez przodków.
- Lauro i Rossie, wejdźcie do sali rady - powiedział starszy mężczyzna, a gdy wstaliśmy, poprowadził nas pod ciemne drzwi.
Mężczyzna otworzył je i wpuścił nas do środka. Stanęliśmy jak dwie czarne owce, a cała rada patrzyła na nas wyczekująco. Trzęsłam się z powodu strachu.
- Nie stójcie tak, usiądźcie - powiedziała jedna ze Starszyzny. Niepewnie podeszliśmy do dwóch wolnych krzeseł i usiedliśmy przy wielkim stole.
- Moi drodzy, myślę, że tylko wy i panna Iris Caroll możecie nam pomóc - stwierdził pan Samael.
- Przecież jesteśmy tylko Juniorami - stwierdził Ross, a staruszek, wbrew temu co myślałam, zaśmiał się ciepłym głosem.
- Mój drogi chłopcze, jesteście aż Juniorami! My, jako rada, nie możemy wejść do Awnas w trakcie szkolenia. Gdybyśmy wysłali za tym chłopakiem Uznanych nie mogliby tak długo z nim przebywać.
- W takim razie, dlaczego my? - zapytałam.
- Panno Lauro, przodkowie szepczą, że tylko wy nie rozmawialiście ze wskazanym. Jeżeli nie miałby dobrych intencji, jesteście wykluczeni z grona spiskowców. A poza tym, panna Caroll szybko się wszystkiego nauczy, gdy ma tak otwarty umysł na Urok. - wytłumaczył Samael.
Przez kolejne pół godziny rada tłumaczyła nam na co mamy uważać w magicznej strefie.
Potem wróciliśmy do pokoju, w którym czekali Juniorzy i Uznani.
Kolejni nastolatkowie wchodzili do Awnas, a my nadal czekaliśmy. Znudzony Ross nie zwracał uwagi na zebranych i w połowie rytuału zasnął na kanapie. Wreszcie zostaliśmy sami. Zdenerwowany członek rady przywołał do siebie wiadro i wylał na śpiącego blondyna wodę.
Wściekły chłopak pewnie myślał, że to jakiś żartowniś i chciał się rzucić na starszego, ale w ostatniej chwili Samael pstryknął palcami i Ross skamieniał. Dosłownie. Przede mną stał kamienny posąg chłopaka.
- Miejmy nadzieję, że żądza mordu w tym chłopaku wygasła i kiedy go odczarujemy nie będzie chciał mnie zabić - zaśmiał się najstarszy, choć każdy w sali wiedział, że to nie jest pora na żarty. Sprawa była zbyt poważna, a my, przez zebranie, mieliśmy poważne opóźnienie.
Pan Samael pstryknął, a Ross spadł na podłogę z głośnym hukiem. Mężczyzna, który go obudził śmiał się dosyć głośno.
Pomogłam Lynchowi wstać, a on wytrzepał z włosów trochę kamieni.
- Pamiętajcie wysyłać nam listy o waszym małym zadaniu - przypomniała drobna kobieta.
Stanęłam przed wyrwą w ścianie.
- Lauro, rada zezwala ci na wejście do Awnas.
Przede mną pojawił się kolorowy wir. Przymknęłam oczy, zrobiłam krok wprzód i weszłam w tunel.
~~*~~*~~
Rozdział drugi gotowy do czytania, a następny też już jest. Jak znam życie skończenie czwartego trochę mi zajmie, ale chcę go dopracować, bo wtedy poznacie role Alberta, Laury, Iris i Rossa.
Powiem jedno - nie ocenia się książki po okładce, więc kilkoro z bohaterów wcale nie są tacy, na jakich wyglądają.
Kolejne podziękowania. Najpierw Verini, która, chyba, przez cały blog będzie usuwać te przeklęte powtórzenia.
Dziękuję też Żelowemu Misiowi, Karci Lynch, ponczkowi54 i znowu Verini.
Mam nadzieję, że historia choć trochę Wam się podoba i gdzieś, w bardzo głębokiej głębi, jesteście ciekawi co dalej.
Pozdrawiam, Anais
- Albercie, rada zezwala ci na wejście do Awnas.
Wysoki, chudy chłopak z czarnymi włosami stanął przed ścianką. Rada otworzyła wejście, a Albert wszedł w Chaos. Z chwilą, gdy przekroczył granicę między światem ludzi, a magicznym, wir stał się czarny. Rada musiała zareagować, ale nie mogli. Żaden z członków nie może wejść do Awnas w czasie szkolenia. Podobno sam Kodeks tego zabronił!
Gdy wir się zamknął, zszokowany pan Samael nakazał ciszę. Zostało jeszcze wielu Juniorów, a elfy na nich czekały.
Przywołał do siebie jednego z Uznanych, który oglądał rytuał. Chłopak miał wysłać wiadomość do Awnas i przekazać, że do magicznej strefy wdarł się ktoś kogo wskazali sami przodkowie jako kogoś specjalnego.
Rada zwołała tej nocy wyjątkowe zebranie. W końcu, po ponad godzinie, jeden z członków rady przyszedł do salonu, w którym siedziałam z resztą Juniorów i Uznanymi. Vanessa wyglądała na zmartwioną. Podobno jeszcze nigdy nie zdarzyło się wskazanie przez przodków.
- Lauro i Rossie, wejdźcie do sali rady - powiedział starszy mężczyzna, a gdy wstaliśmy, poprowadził nas pod ciemne drzwi.
Mężczyzna otworzył je i wpuścił nas do środka. Stanęliśmy jak dwie czarne owce, a cała rada patrzyła na nas wyczekująco. Trzęsłam się z powodu strachu.
- Nie stójcie tak, usiądźcie - powiedziała jedna ze Starszyzny. Niepewnie podeszliśmy do dwóch wolnych krzeseł i usiedliśmy przy wielkim stole.
- Moi drodzy, myślę, że tylko wy i panna Iris Caroll możecie nam pomóc - stwierdził pan Samael.
- Przecież jesteśmy tylko Juniorami - stwierdził Ross, a staruszek, wbrew temu co myślałam, zaśmiał się ciepłym głosem.
- Mój drogi chłopcze, jesteście aż Juniorami! My, jako rada, nie możemy wejść do Awnas w trakcie szkolenia. Gdybyśmy wysłali za tym chłopakiem Uznanych nie mogliby tak długo z nim przebywać.
- W takim razie, dlaczego my? - zapytałam.
- Panno Lauro, przodkowie szepczą, że tylko wy nie rozmawialiście ze wskazanym. Jeżeli nie miałby dobrych intencji, jesteście wykluczeni z grona spiskowców. A poza tym, panna Caroll szybko się wszystkiego nauczy, gdy ma tak otwarty umysł na Urok. - wytłumaczył Samael.
Przez kolejne pół godziny rada tłumaczyła nam na co mamy uważać w magicznej strefie.
Potem wróciliśmy do pokoju, w którym czekali Juniorzy i Uznani.
Kolejni nastolatkowie wchodzili do Awnas, a my nadal czekaliśmy. Znudzony Ross nie zwracał uwagi na zebranych i w połowie rytuału zasnął na kanapie. Wreszcie zostaliśmy sami. Zdenerwowany członek rady przywołał do siebie wiadro i wylał na śpiącego blondyna wodę.
Wściekły chłopak pewnie myślał, że to jakiś żartowniś i chciał się rzucić na starszego, ale w ostatniej chwili Samael pstryknął palcami i Ross skamieniał. Dosłownie. Przede mną stał kamienny posąg chłopaka.
- Miejmy nadzieję, że żądza mordu w tym chłopaku wygasła i kiedy go odczarujemy nie będzie chciał mnie zabić - zaśmiał się najstarszy, choć każdy w sali wiedział, że to nie jest pora na żarty. Sprawa była zbyt poważna, a my, przez zebranie, mieliśmy poważne opóźnienie.
Pan Samael pstryknął, a Ross spadł na podłogę z głośnym hukiem. Mężczyzna, który go obudził śmiał się dosyć głośno.
Pomogłam Lynchowi wstać, a on wytrzepał z włosów trochę kamieni.
- Pamiętajcie wysyłać nam listy o waszym małym zadaniu - przypomniała drobna kobieta.
Stanęłam przed wyrwą w ścianie.
- Lauro, rada zezwala ci na wejście do Awnas.
Przede mną pojawił się kolorowy wir. Przymknęłam oczy, zrobiłam krok wprzód i weszłam w tunel.
~~*~~*~~
Rozdział drugi gotowy do czytania, a następny też już jest. Jak znam życie skończenie czwartego trochę mi zajmie, ale chcę go dopracować, bo wtedy poznacie role Alberta, Laury, Iris i Rossa.
Powiem jedno - nie ocenia się książki po okładce, więc kilkoro z bohaterów wcale nie są tacy, na jakich wyglądają.
Kolejne podziękowania. Najpierw Verini, która, chyba, przez cały blog będzie usuwać te przeklęte powtórzenia.
Dziękuję też Żelowemu Misiowi, Karci Lynch, ponczkowi54 i znowu Verini.
Mam nadzieję, że historia choć trochę Wam się podoba i gdzieś, w bardzo głębokiej głębi, jesteście ciekawi co dalej.
Pozdrawiam, Anais
sobota, 10 stycznia 2015
Rozdział 1
Uśmiechnęłam się do mężczyzny i ruszyłam w stronę pokoju Juniorów.
Dobrze wiedziałam, gdzie to jest, ponieważ hałas, który powodowali niósł się po całym budynku. Podeszłam do ciemnobrązowych drzwi i delikatnie je pchnęłam.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Jasna kanapa i tego samego koloru fotele, na których siedziało kilku Juniorów, idealnie kontrastowały z ciemnoczerwoną farbą. Spojrzałam na ścianę naprzeciwko, na której wisiały obrazy.
Wysoka, różowowłosa dziewczyna przyglądała się im co chwilę wzdychając. Ruszyłam w jej stronę, a gdy znalazłam się obok, zapytałam:
- Ładne obrazy... Wiesz coś o nich?
Spojrzałam na nią, a ona jeszcze uważniej przyglądała się szkicom.
- Rodzice mi o nich opowiadali. Podobno jeden rysunek na tej ścianie odpowiada jednemu aktowi Kodeksu. Na przykład ten tutaj - wskazała na kolorowy obrazek przedstawiający gęstą puszczę oraz kilka osób. - Przedstawia pierwszy akt - Stworzenie. Według legendy, z ludzi, którzy kochali naturę wywodzi się nasza rasa. To pierwsze elfy tworzące Awnas. Nie mogę się doczekać, aż będę mogła tam wejść...
- Siostra i mama opowiadały mi, że Urok jest tam na pierwszym miejscu. Nic nie ma prawa go zakłócić - dorzuciłam.
Różowowłosa spojrzała na mnie i uśmiechnęła się szeroko.
- Widzę, że interesuje cię historia. Chciałam pogadać z innymi Juniorami, ale oni nic nie wiedzą... Ty jesteś inna.
- Tak samo jak ty - zauważyłam.
- Niby tak, ale u mnie w rodzinie jest jeden z członków rady. Kiedyś pozwolił mi nawet użyć Uroku! Dobrze wiedział, że to wbrew przepisom... Ale to od tamtej pory zaczęłam się interesować naszą historią. Miałam może kilka lat...
- Ostatnio siostra z mamą zaczęły mnie przygotowywać do zostania Juniorem...
- A tata? - przerwała mi dziewczyna.
- Tata jest w Awnas. - skończyłam. Różowowłosa nie ciągnęła dalej tematu. Widziała, że jest to dla mnie trudne. I było... Tata wyjechał niedawno, ale od tamtej pory nie wiadomo co się z nim dzieje. Mama z Vanessą kilka razy wchodziły do magicznej sfery, ale nikt nie umiał określić się czy mój ojciec chociaż zbliżał się do Awnas.
- Jestem Iris - przerwała krępującą ciszę.
- Laura - odpowiedziałam.
- Drodzy Juniorzy! - w salonie natychmiast zrobiło się cicho. Odwróciłyśmy się z Iris w stronę, z której pochodził donośny głos. Obok drzwi stał niski starzec. - Nazywam się Samael. Jestem głównym członkiem rady. Jesteśmy tu już prawie wszyscy. Brakuje nam tylko jednego Juniora z najmłodszym, uznanym członkiem rodziny.
- Już jesteśmy! - krzyknął ktoś z korytarza i do środka wbiegł chłopak w czarnej pelerynie.
- Panie Samaelu, myślę, że powinien pan postąpić zgodnie z tradycją - szepnął członek rady, ale na tyle głośno, że wszyscy go usłyszeli. Staruszek przywołał do siebie gestem dłoni chłopaka i ściągnął mu pelerynę i chustę szybkim ruchem.
- Rossie Lynchu, stań wśród Juniorów - powiedział pan Samael. Chłopak nazwany Rossem kiwnął głową i obrócił się wokół, szukając idealnego miejsca. Zrozumiałe było, że spojrzy też na mnie i na Iris, ale to, że stanie przy nas byłoby cudem. A jednak, jego wzrok spoczął na nas i blondyn z lekkim uśmiechem przystanął tuż obok. Spojrzał za siebie, jakby podziwiał obrazy i sprawiał wrażenie, że nikogo nie słucha.
Pan Samael odchrząknął i zaczął mówić:
- Od tysięcy lat, odkąd powstała Przystań i Awnas, osiemnastolatkowie spotykają się z radą w ostatni dzień roku. Wyruszą do magicznej strefy na trzy miesiące, aby kształcić swoją moc. Jeżeli rada uzna was za godnych panowania nad Urokiem to dostaniecie miano Uznanych. Ale to zależy tylko od was... Pożegnajcie się z towarzyszami. Wszyscy są w sali rady - skończył i Juniorzy pobiegli do odpowiedniego pokoju. W salonie zostaliśmy tylko ja, Iris i Ross.
- Czyli ty jesteś Ross... Ładnie to tak się spóźniać? - zapytała Iris.
- Ja po prostu chciałem, żeby wszyscy wiedzieli jak mam na imię - zaśmiał się chłopak, różowowłosa pokręciła głową z lekkim uśmieszkiem i wyszła z pokoju. Zostałam sama z Rossem.
- Dlaczego podszedłeś do nas? - zapytałam znienacka. Ross po raz kolejny się zaśmiał.
- Wyglądałyście na mądrzejsze niż inni - powiedział i wyszedł. To będą ciekawe trzy miesiące...
~~*~~*~~
Witam w pierwszym rozdziale Tajemnic Awnas! Na razie krótko, są to drobne wprowadzenia. Chcę Wam trochę przybliżyć tradycje elfów, ich otoczenie. Jest to trudne, bo cała magiczna strefa jest w mojej głowie i trochę trudno pisać o czymś co jest dla mnie oczywiste.
Znowu dziękuję Verini za drobną korektę.
Dziękuję też tym, którzy skomentowali prolog, czyli: Verini Sensitive, Żelowemu Misiowi i ponczkowi54.
Za chwilę stworzę stronę z pytaniami, na której będę odpowiadać Wam to co Was może nurtować. W tym wszystkim może być nawet to, który z Lynchów przyszedł z Rossem do budynku rady. Chociaż po chwili zastanowienia jest to oczywiste.
Proszę Was o szczere komentarze, które na pewno pomogą mi coś poprawić.
Dobrze wiedziałam, gdzie to jest, ponieważ hałas, który powodowali niósł się po całym budynku. Podeszłam do ciemnobrązowych drzwi i delikatnie je pchnęłam.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Jasna kanapa i tego samego koloru fotele, na których siedziało kilku Juniorów, idealnie kontrastowały z ciemnoczerwoną farbą. Spojrzałam na ścianę naprzeciwko, na której wisiały obrazy.
Wysoka, różowowłosa dziewczyna przyglądała się im co chwilę wzdychając. Ruszyłam w jej stronę, a gdy znalazłam się obok, zapytałam:
- Ładne obrazy... Wiesz coś o nich?
Spojrzałam na nią, a ona jeszcze uważniej przyglądała się szkicom.
- Rodzice mi o nich opowiadali. Podobno jeden rysunek na tej ścianie odpowiada jednemu aktowi Kodeksu. Na przykład ten tutaj - wskazała na kolorowy obrazek przedstawiający gęstą puszczę oraz kilka osób. - Przedstawia pierwszy akt - Stworzenie. Według legendy, z ludzi, którzy kochali naturę wywodzi się nasza rasa. To pierwsze elfy tworzące Awnas. Nie mogę się doczekać, aż będę mogła tam wejść...
- Siostra i mama opowiadały mi, że Urok jest tam na pierwszym miejscu. Nic nie ma prawa go zakłócić - dorzuciłam.
Różowowłosa spojrzała na mnie i uśmiechnęła się szeroko.
- Widzę, że interesuje cię historia. Chciałam pogadać z innymi Juniorami, ale oni nic nie wiedzą... Ty jesteś inna.
- Tak samo jak ty - zauważyłam.
- Niby tak, ale u mnie w rodzinie jest jeden z członków rady. Kiedyś pozwolił mi nawet użyć Uroku! Dobrze wiedział, że to wbrew przepisom... Ale to od tamtej pory zaczęłam się interesować naszą historią. Miałam może kilka lat...
- Ostatnio siostra z mamą zaczęły mnie przygotowywać do zostania Juniorem...
- A tata? - przerwała mi dziewczyna.
- Tata jest w Awnas. - skończyłam. Różowowłosa nie ciągnęła dalej tematu. Widziała, że jest to dla mnie trudne. I było... Tata wyjechał niedawno, ale od tamtej pory nie wiadomo co się z nim dzieje. Mama z Vanessą kilka razy wchodziły do magicznej sfery, ale nikt nie umiał określić się czy mój ojciec chociaż zbliżał się do Awnas.
- Jestem Iris - przerwała krępującą ciszę.
- Laura - odpowiedziałam.
- Drodzy Juniorzy! - w salonie natychmiast zrobiło się cicho. Odwróciłyśmy się z Iris w stronę, z której pochodził donośny głos. Obok drzwi stał niski starzec. - Nazywam się Samael. Jestem głównym członkiem rady. Jesteśmy tu już prawie wszyscy. Brakuje nam tylko jednego Juniora z najmłodszym, uznanym członkiem rodziny.
- Już jesteśmy! - krzyknął ktoś z korytarza i do środka wbiegł chłopak w czarnej pelerynie.
- Panie Samaelu, myślę, że powinien pan postąpić zgodnie z tradycją - szepnął członek rady, ale na tyle głośno, że wszyscy go usłyszeli. Staruszek przywołał do siebie gestem dłoni chłopaka i ściągnął mu pelerynę i chustę szybkim ruchem.
- Rossie Lynchu, stań wśród Juniorów - powiedział pan Samael. Chłopak nazwany Rossem kiwnął głową i obrócił się wokół, szukając idealnego miejsca. Zrozumiałe było, że spojrzy też na mnie i na Iris, ale to, że stanie przy nas byłoby cudem. A jednak, jego wzrok spoczął na nas i blondyn z lekkim uśmiechem przystanął tuż obok. Spojrzał za siebie, jakby podziwiał obrazy i sprawiał wrażenie, że nikogo nie słucha.
Pan Samael odchrząknął i zaczął mówić:
- Od tysięcy lat, odkąd powstała Przystań i Awnas, osiemnastolatkowie spotykają się z radą w ostatni dzień roku. Wyruszą do magicznej strefy na trzy miesiące, aby kształcić swoją moc. Jeżeli rada uzna was za godnych panowania nad Urokiem to dostaniecie miano Uznanych. Ale to zależy tylko od was... Pożegnajcie się z towarzyszami. Wszyscy są w sali rady - skończył i Juniorzy pobiegli do odpowiedniego pokoju. W salonie zostaliśmy tylko ja, Iris i Ross.
- Czyli ty jesteś Ross... Ładnie to tak się spóźniać? - zapytała Iris.
- Ja po prostu chciałem, żeby wszyscy wiedzieli jak mam na imię - zaśmiał się chłopak, różowowłosa pokręciła głową z lekkim uśmieszkiem i wyszła z pokoju. Zostałam sama z Rossem.
- Dlaczego podszedłeś do nas? - zapytałam znienacka. Ross po raz kolejny się zaśmiał.
- Wyglądałyście na mądrzejsze niż inni - powiedział i wyszedł. To będą ciekawe trzy miesiące...
~~*~~*~~
Witam w pierwszym rozdziale Tajemnic Awnas! Na razie krótko, są to drobne wprowadzenia. Chcę Wam trochę przybliżyć tradycje elfów, ich otoczenie. Jest to trudne, bo cała magiczna strefa jest w mojej głowie i trochę trudno pisać o czymś co jest dla mnie oczywiste.
Znowu dziękuję Verini za drobną korektę.
Dziękuję też tym, którzy skomentowali prolog, czyli: Verini Sensitive, Żelowemu Misiowi i ponczkowi54.
Za chwilę stworzę stronę z pytaniami, na której będę odpowiadać Wam to co Was może nurtować. W tym wszystkim może być nawet to, który z Lynchów przyszedł z Rossem do budynku rady. Chociaż po chwili zastanowienia jest to oczywiste.
Proszę Was o szczere komentarze, które na pewno pomogą mi coś poprawić.
środa, 7 stycznia 2015
Prolog
Była sylwestrowa noc, ale tradycja to tradycja. Naciągnęłam na siebie czarną pelerynę i zawołałam siostrę do mnie. Dziewczyna prawie natychmiast pojawiła się obok. Podałam jej, taki sam jak mój, płaszcz. Otworzyłam drzwi, a Ness szybko je zamknęła. Głuchy stukot naszych butów rozlegał się na klatce schodowej.
Gdy zeszłyśmy na dół, spojrzałam na siostrę. Dziewczyna posłała mi lekki uśmiech, a ja, odrobinę śmielej, nacisnęłam klamkę i pchnęłam ciężkie drzwi.
Pierwsze co poczułam, to przeraźliwy chłód i wiatr, który targał moją peleryną. Po raz drugi spojrzałam na Ness. Złapała mnie za rękę i wolno ruszyła w stronę obrzeży miasteczka.
Zaczęłam coraz bardziej obawiać się spotkania z radą. A co jeśli się nie uda?
- Stój - powiedziała Vanessa i obróciłam się twarzą do niej. - Według tradycji żaden Junior ani żadna Juniorka nie mogą zobaczyć dokładnego lokum.
- Wiem - odpowiedziałam.
Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni płaszcza ciemną jak noc chustę. Obróciła mnie i zawiązała mi ją na oczach.
Poczułam jak moje serce zaczyna szybciej bić, a żołądek podchodzi do gardła. Moje ręce drgały z powodu zdenerwowania i zimna. Co chwilę czułam przeszywające dreszcze. Vanessa złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Czułam się źle. Strach paraliżował mnie od środka, a ja nawet nie wiedziałam gdzie jestem. Jedynym plusem mojej obecnej sytuacji był fakt, że to Ness prowadzi mnie do siedziby rady.
- Już jesteśmy - odrzekła uroczyście Van i usłyszałam skrzypienie drzwi.
Poczułam przyjemne ciepło kontrastujące z zimnem, które dotychczas czułam.
- Jeszcze tylko kilku Juniorów i równo o północy zaczniemy - oznajmił ktoś tuż obok mnie. - Panie, zdejmij Juniorce chustę, jak każe tradycja. - dopowiedział i już po chwili poczułam zimne palce, które ściągały materiał z mojej twarzy. Zobaczyłam drobnego, pomarszczonego staruszka, który uśmiechnął się do mnie i powiedział:
- Lauro Marano, usiądź proszę wśród Juniorów.
~~*~~*~~
Oto pierwsze 290 słów mojej drugiej historii o Raurze, którą zaczęłam pisać w czasie przerwy świątecznej. Cały prolog i prawie cały pierwszy rozdział pisałam w środku nocy, dlatego dużo czasu musiałam poświęcić na sprawdzanie w czym pomogła mi Verini Sensitive. Serdeczne dziękuję!
Jeżeli Wam się spodobało - proszę Was o komentarze. Byłoby fantastycznie gdybyście dali mi rady - co można poprawić, zmienić. Bardzo mi na tym zależy.
Pozdrawiam, Anais
#1 - Witam
Witam,
w internecie krążę jako Anais M, a moje imię do pewnego czasu nie zostawało tajemnicą.
Mam trochę lat za sobą, ale jeszcze więcej przed sobą.
Wchłaniam książki fantastyczne w kilka dni, czasem godzin. I to dzięki nim tutaj jestem.
Zainspirowana samą rasą elfów postanowiłam założyć bloga.
Głównymi bohaterami są Laura Marano, Ross Lynch i Iris Caroll.
Będzie czarny charakter, będą walki i będzie miłość.
Dowieie się jakie są tajemnice Awnas, co tak naprawdę zdarzyło się przed wiekami.
Pozdrawiam wszystkich, Anais
w internecie krążę jako Anais M, a moje imię do pewnego czasu nie zostawało tajemnicą.
Mam trochę lat za sobą, ale jeszcze więcej przed sobą.
Wchłaniam książki fantastyczne w kilka dni, czasem godzin. I to dzięki nim tutaj jestem.
Zainspirowana samą rasą elfów postanowiłam założyć bloga.
Głównymi bohaterami są Laura Marano, Ross Lynch i Iris Caroll.
Będzie czarny charakter, będą walki i będzie miłość.
Dowieie się jakie są tajemnice Awnas, co tak naprawdę zdarzyło się przed wiekami.
Pozdrawiam wszystkich, Anais
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)