- Jak to nie żyje? - zapytałam. Jeszcze kilka godzin temu uśmiechnięta Willie biegała po bibliotece, a teraz dowiaduję się, że jest trupem.
- Iris, proszę... Powiedz, że żartujesz! Powiedz to! - Podbiegłam do niej i złapałam za ramiona.
- Laura, spokojnie... - powiedział Ross i złapał mnie w biodrach, pewnie po to, żeby odciągnąć mnie od przyjaciółki.
- Zostaw mnie! Masz mnie nie dotykać! - krzyknęłam. Chłopak odsunął się, a ja dopiero wtedy odwróciłam się w stronę Iris. - Powiedz, że to nieprawda, proszę...
- Przykro mi...
Z moich oczu popłynęły słone łzy. Przytuliłam się do Iris i poczułam jak głaszcze moje plecy.
- To moja wina... - szeptałam w amoku.
- Nie możesz tak mówić. To się po prostu musiało stać.
- Laura, chodź ze mną do pielęgniarki - powiedział Ross.
- Pójdziesz? - zapytała Isia. Spojrzałam w jej piękne niebieskie oczy i kiwnęłam głową przecząco.
Czułam wstręt do chłopaków. Co z tego, że Albert mnie uderzył? To nie znaczyło prawie nic. Chodzi o to, że byłam pewna, że to on zabił bibliotekarkę, a to była moja wina. Gdybym nie poszła do biblioteki, gdybym nie szukała książek o podziemiach... Roześmiana Willie nadal by żyła. Jestem tego pewna.
- Ja z Rossem wrócimy do pokoju. Iris podejdź na chwilkę.
Dziewczyna puściła mnie i stanęła przy Calumie, kawałek dalej. Rudowłosy nachylił się i zaczął jej coś mówić do ucha. Twarz Iris ukazywała wielkie zmartwienie. Nie byłam pewna czy to z powodu śmierci Normadki czy z tego o czym jej mówił Calum.
Chłopak spojrzał na mnie i uśmiechnął się pokrzepiająco.
- Myślę, że resztę opowie ci Laura - powiedział wpatrując się w moje oczy. To był znak. Tym co zrobił rozkazał mi zwierzyć się Iris.
- Laura! - krzyknął Ross, gdy otwierałyśmy drzwi. Odwróciłam się. - Między nami wszystko ok?
- Ja... Ross, bardzo dziękuję, że mi pomogłeś, praktycznie mnie uratowaliście... Ale myślę, że na razie nie jestem w stanie zaufać jakimś chłopakom.
Weszłyśmy do środka, zatrzaskując drzwi.
- Powiesz co się stało? - zapytała moja przyjaciółka, gdy wchodziłyśmy po schodach na jedno z wyższych pięter zamku, w którym się uczyliśmy i w którym mieszkali pracownicy szkolenia.
- Spotkałam się z Albertem. Powiedział, że mu się podobasz... - Wytarłam ręką zapłakane oczy.
- I to dlatego twój policzek wygląda tak jak wygląda? - zapytała. Spuściłam wzrok na schody, na które wchodziłyśmy.
- Nie. Ja powiedziałam, że ty raczej nie czujesz tego samego... - zawiesiłam się.
- A potem?
- A potem mnie uderzył. Ale to nie był prawdziwy Albert. Ja ci mówię! Coś w nim siedzi...
- Spokojnie, Laura... Wiesz czy jest mieszańcem?
- Tak, na pewno.
Dalej szłyśmy w ciszy, którą przerwała Iris.
- Już jesteśmy - powiedziała i zapukała w wielkie drzwi.
- Już idę, już idę - usłyszałyśmy zza wrót, które otworzyła pielęgniarka. - O Przodkowie! Co ci się stało? - krzyknęła, gdy zobaczyła mnie w słabym świetle lampy.
- Miałam drobny wypadek... - wystękałam.
- Chyba nie taki drobny. Wchodźcie szybko - rozkazała. Znalazłyśmy się w jasnym korytarzu z kilkoma obrazami i parą drzwi. Pielęgniarka nacisnęła klamkę lewych drzwi i weszłyśmy do jej gabinetu. Przy błękitnych ścianach stały dwa krzesła, małe łóżko dla pacjentów i półki z ludzkimi lekarstwami i opatrunkami. Widziałam jakieś krople, leki przeciwbólowe, bandaże...
Pielęgniarka podeszła do mnie i chwyciła za podbródek, obracając moją twarz w bok. Uważnie przyglądała się mojej ranie.
- Masz okropnego siniaka, ale dziecko, powiedz mi, dlaczego masz przeciętą skórę? - zapytała. Nawet o tym nie wiedziałam.
- Wydaje mi się, że tam gdzie siedziała rosły jakieś róże. Może to jakiś kolec? - zaproponowała Iris, gdy ja milczałam.
- Może tak być. Dam jej najpierw jakiś okład.
Kobieta wyczarowała lód jednym skinieniem palca, jak to robią doświadczeni Uznani, i zawinęła go w cienki ręcznik.
- Powinno pomóc na siniaka.
Znudzona siedziałam z Iris przy boku. Pewnie ona też biła się z myślami. Ja musiałam przeczekać chwilę w ciszy dla uczczenia pamięci Wille. Nawet nie wiedziałam jak się nazywała, czy miała jakąś rodzinę, ile naprawdę miała lat. Problem w tym, że Juniorom nikt nie udziela takich informacji.
Ciszę przerwała pielęgniarka karząc mi odłożyć lód. Znowu nachyliła się nade mną i kilka razy poruszyła ręką.
- Już. Widać jeszcze małe zaczerwienienie, ale po ranach nie ma innego śladu. Skoro to już załatwione to powiedzcie mi co się stało.
- To nic takiego. Drobny upadek. Naprawdę.
- Coś wam nie wierzę. Zaparzę trochę herbaty i czeka was poważna rozmowa.
- Nie możemy nic powiedzieć. Skończy jak bibliotekarka - wyrzuciłam zanim Iris otworzyła usta.
- Też się boję, ale może nam pomóc. Jestem pewna, że nikogo tu nie ma.
- Namyśliłyście się? - zapytała uśmiechnięta kobieta i postawiła herbatę na wyczarowanym stole.
- W sylwestra Albert Donk został wskazany przez przodków. Rada powiedziała, że Laura, ja i Ross mamy dowiedzieć się co się dzieje z tym chłopakiem. Uznaliśmy, że Laura się z nim spotka, ale wtedy Ross zerwał z nami znajomość, uważając, że nie możemy ryzykować.
- To znaczy, że się o was martwi - wtrąciła pielęgniarka. Martwi się? Raczej utrudnia zadanie...
- Pozwoli pani, że skończę. - Kobieta kiwnęła głową. - Dzisiaj Lau się z nim spotkała i... Laura powiedz co było dalej.
- Uh, dobrze... Albert powiedział, że Iris mu się podoba. Powiedziałam, że ona raczej nie czuje tego samego i mnie uderzył. Straciłam równowagę i się wywróciłam.
- To pewnie wtedy przecięłaś policzek.
- Tak, chyba wtedy. Chciał mi coś jeszcze zrobić, ale przybiegł Ross i Calum.
- Czyli między wami wszystko w porządku.
Spojrzałam na Iris.
- Tak, wszystko w porządku - powiedziała.
Ale według mnie nic nie było w porządku. Zostawił nas w momencie kiedy najbardziej go potrzebowałyśmy, a teraz ratuje mnie i myśli, że mu wszystko wybaczymy. Przecież mogłabym sobie sama poradzić!
~~*~~*~~
Witam.
Poza tym, że w ostatnim rozdziale był trup, akcja toczy się kula na brzuch bałwana. Tak jak przyznała mi Verini, rozdział dziewiąty będzie stuprocentowym popychaczem do następnych działań Iris i Laury. A co się okaże z Rossem? Na to musicie zaczekać.
Tradycyjnie podziękowania dla komentujących, czyli Karci Lynch, Anonima oraz ponczka54 i dla Verini, która sprawdziła rozdział.
Tak zapytam, co sądzicie o tym, że Ross i Laura są ze sobą skłóceni? Chcecie ich jako parę?
piątek, 27 lutego 2015
piątek, 20 lutego 2015
Rozdział 7
Książki, książki i książki... Bibliotekarka przynosi ich coraz więcej, a my nie mamy już czasu wszystkich przeglądnąć. Ale wytrwamy i jak nie dziś to jutro skończymy czytać.
- A to? - zapytałam Iris, pokazując okładkę książki, którą miałam w rękach.
- "Wszystko o Awnas"? Przecież to jedna z nowszych książek.
Westchnęłam i odłożyłam przedmiot z powrotem na stół. Takim sposobem nigdy nie dojdziemy do tego, gdzie leżą drzwi do podziemi.
- Chyba mam - powiedziała czerwonowłosa, szturchając mnie w ramię. Zerknęłam znad jej ramienia na wielką księgę z pożółkłymi kartkami. Z pewnością była stara.
- Tutaj nic nie jest napisane oprócz tego, że mamy pod szkołą piwnice - stwierdziłam, gdy przeczytałam tekst.
- Właśnie, Laura. W tej szkole są piwnice. Może stamtąd jest wejście do biblioteki?
- Przodkowie nie byliby tacy głupi... Ale przynajmniej mamy jakąś poszlakę.
Usłyszałam dzwon i wyjrzałam przez okno. Stąd doskonale było widać wieżę Ratusza z zegarem, który wskazywał teraz trzecią po południu.
- Zbierajmy się - powiedziałam.
Wzięłam tę część książek, które sprawdzałam ja i powoli ruszyłam w stronę biurka, gdzie siedziała bibliotekarka.
- Laura! - usłyszałam i obróciłam się kilka razy wokół własnej osi. Zauważyłam Alberta, który do mnie podbiegał. - Co ty tu robisz? - zapytał.
Zamyśliłam się chwilę, przecież nie mogłam mu powiedzieć całej prawdy.
- Uczyłyśmy się na wykłady. - Iris pojawiła się znikąd i uratowała moją skórę. Czarnowłosy spojrzał na mnie, a ja spuściłam wzrok. Bałam się spojrzeć mu w oczy.
- Tak, uczyłyśmy się - wyjąkałam.
- Ale nasze dzisiejsze spotkanie nadal aktualne?
- Tak, przy fontannie. Bądź za godzinę - powiedziałam i obróciłam się w stronę bibliotekarki. Od jej biurka dzieliło mnie zaledwie kilka kroków.
- Och, Laurka, skończyłyście już? Wiecie coś o tej podziemnej bibliotece? Wiesz, ja o niej już kiedyś słyszałam. Z miłą chęcią przeczytałabym jakąś książkę stamtąd.
W tej chwili chciałam zakleić jej usta taśmą, tak żeby nic nie mogła już powiedzieć. Razem z Iris starałyśmy się zataić przed Albertem dosłownie wszystko, ale ona postanowiła coś innego. Przez nią cała biblioteka wie co robiłyśmy. Spojrzałam za siebie. Iris stała niedaleko Alberta, który był nieco zdziwiony.
- Nic nie wyczytałyśmy. Oddajemy książki - powiedziałam.
Kobieta z Normadii roześmiała się i chwyciła lektury, które jej dałam.
- Pędzę je odłożyć!
- Do widzenia, proszę pani.
- Nie mów tak, czuję się staro. Jestem Willie - wyśpiewała i w podskokach zniknęła między regałami. Normandczycy byli bardzo wesołym narodem.
- Do zobaczenie, Albert! - krzyknęła Iris i ruszyła w stronę drzwi, po drodze chwytając mnie za rękaw.
- Jak on się zachowywał? - zapytałam.
- Całkiem dobrze, prócz tego, że wlepiał we mnie ślepia. To było dość... niepokojące.
- Połamania nóg - szepnęła Iris i lekko pchnęła mnie za drzwi wyjściowe. Znalazłam się przed domem dla Juniorów. W świecie ludzi był styczeń, więc w niektórych miejscach sypał śnieg. U nas było ciepło jak w czasie wiosny, ale krajobraz wyglądał jak zimowy. To przez ciepły magiczny pył imitujący śnieg, który też układał się w niesamowite wzory tworząc drobne śnieżynki.
Był wieczór, a temperatura szybko się obniżała. Przyspieszyłam poprawiając ciepłą kurtkę. Zauważyłam, że słońce już zachodzi. W końcu dotarłam przed fontannę, gdzie nie było Alberta. Usiadłam na ławce obok i czekałam. Mijały minuty, a słońce już zniknęło za horyzontem. Kiedy na niebie zobaczyłam księżyc i gwiazdy, a lampy zaczęły się świecić, usłyszałam zza siebie głos.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedział Albert i obszedł ławkę w około. - Mam nadzieję, że nie czekałaś długo. - Usiadł koło mnie wyraźnie rozbawiony.
- Mogłam czekać dłużej - westchnęłam.
- Chciałaś coś ode mnie? - zapytał.
Jaką tu wymyślić wymówkę? Myśl, Laura...
- Muszę z tobą porozmawiać o Iris.
- O Iris? Tej z różowymi włosami?
- Teraz czerwonymi.
- Pozwól, że pierwszy ci coś powiem - kiwnęłam głową. - Uważam, że jest słodka.
Co on powiedział?
Spojrzałam na niego pytająco.
- Podoba mi się. Jest mądra, sympatyczna... Wiesz o co mi chodzi?
Oczywiście, że wiedziałam - chłopak, którego mamy śledzić zauroczył się w mojej przyjaciółce, a ja musiałam ciągnąć tę szopkę.
- Rozumiem cię - powiedziałam, patrząc w jego oczy. Miał piękne zielone tęczówki.- Ale nie jestem pewna czy ona czuje do ciebie to samo.
Oczy Alberta z zielonych zmieniły się na złote. Nie mogłam tego wytłumaczyć, ale widziałam, że był zły. Zamachnął się na mnie i uderzył w twarz. Poczułam okropny ból, miałam ochotę się rozpłakać. Byłam słaba, powinnam nie okazywać uczuć, żeby Albert był zadowolony.
Obraz wokół stawał się coraz bardziej niewyraźny i upadłam, gdy próbowałam uwolnić się od Juniora. Czułam, że jeśli mrugnę powiekami wszystkie łzy się uwolnią. Ale musiałam.
Dotknęłam policzka, który był mokry, drugi też. Po prostu musiałam zapłakać.
Podniosłam wzrok i spostrzegłam Alberta, który był coraz bliżej mnie. Dokładnie widziałam jego złote oczy, świecące się w blasku latarni.
- Pożałujecie. Ty i ona - warknął chłopak, kiedy się nade mną pochylił, żeby mnie znowu uderzyć. Zamknęłam oczy, myśląc, że to choć trochę pomoże.
Usłyszałam krzyk i poczułam jak zimny podmuch rozwiewa moje włosy.
- Wiedz, że jesteś ode mnie słabszy - krzyknął Ross, trzymając Alberta.
- Zostaw mnie, idioto!
- Nikt nie może jej zrobić krzywdy! Calum, pomóż mi!
Przed oczami zobaczyłam rudowłosego kolegę blondyna.
- Puszczajcie! - wrzasnął czarnowłosy i wyrwał się z ich uścisku. - Laura, ja cię naprawdę przepraszam. Nic ci nie jest? - zapytał. Po raz kolejny spojrzałam mu w oczy, tym razem zielone.
- Zostaw mnie. - Odtrąciłam jego rękę, a on kiwnął głową twierdząco. Odszedł w stronę domów dla Juniorów, a do mnie doskoczyli chłopcy.
- Co on ci zrobił? To wygląda strasznie.
- Miło, że mnie pocieszasz. Ała, nie dotykaj tego - syknęłam, gdy Ross dotknął mojego bolącego policzka.
- Gdzie jest pielęgniarka? - zapytał Caluma.
- Mieszka w zamku. Chodźcie.
- Alarm! - usłyszeliśmy, gdy podchodziliśmy do drzwi zamkowych.
- Laura! Chłopaki! - zawołała Iris, biegnąc w naszą stronę. - Szukałam cię.
- Co się stało? - zapytałam.
- Bibliotekarka nie żyje.
~~*~~*~~
Oto rozdział siódmy i pierwszy trup!
Jak mam być szczera - do ostatniej chwili sądziłam, że oszczędzę bibliotekarkę, ale cóż... to taki popychacz to następnych działań.
Nie mówię jednak, że to ostatnia zabita. To co się dzieje w Magicznej Strefie przyczyni się do większej liczby ofiar.
Rozdział ósmy napisany, ale muszę się jeszcze zabrać za dziewiątkę. Będzie to nieco trudne, bo cały mój czas zajmuje tworzenie nowej historii. Będzie w niej Raura, ale blog wystartuje dopiero pod koniec Tajemnic Awnas.
Tak jak zwykle podziękowania dla ponczka54, Karci Lynch i Verini, która zawsze sprawdza moje rozdziały.
Pozdrawiam, Anais
- A to? - zapytałam Iris, pokazując okładkę książki, którą miałam w rękach.
- "Wszystko o Awnas"? Przecież to jedna z nowszych książek.
Westchnęłam i odłożyłam przedmiot z powrotem na stół. Takim sposobem nigdy nie dojdziemy do tego, gdzie leżą drzwi do podziemi.
- Chyba mam - powiedziała czerwonowłosa, szturchając mnie w ramię. Zerknęłam znad jej ramienia na wielką księgę z pożółkłymi kartkami. Z pewnością była stara.
- Tutaj nic nie jest napisane oprócz tego, że mamy pod szkołą piwnice - stwierdziłam, gdy przeczytałam tekst.
- Właśnie, Laura. W tej szkole są piwnice. Może stamtąd jest wejście do biblioteki?
- Przodkowie nie byliby tacy głupi... Ale przynajmniej mamy jakąś poszlakę.
Usłyszałam dzwon i wyjrzałam przez okno. Stąd doskonale było widać wieżę Ratusza z zegarem, który wskazywał teraz trzecią po południu.
- Zbierajmy się - powiedziałam.
Wzięłam tę część książek, które sprawdzałam ja i powoli ruszyłam w stronę biurka, gdzie siedziała bibliotekarka.
- Laura! - usłyszałam i obróciłam się kilka razy wokół własnej osi. Zauważyłam Alberta, który do mnie podbiegał. - Co ty tu robisz? - zapytał.
Zamyśliłam się chwilę, przecież nie mogłam mu powiedzieć całej prawdy.
- Uczyłyśmy się na wykłady. - Iris pojawiła się znikąd i uratowała moją skórę. Czarnowłosy spojrzał na mnie, a ja spuściłam wzrok. Bałam się spojrzeć mu w oczy.
- Tak, uczyłyśmy się - wyjąkałam.
- Ale nasze dzisiejsze spotkanie nadal aktualne?
- Tak, przy fontannie. Bądź za godzinę - powiedziałam i obróciłam się w stronę bibliotekarki. Od jej biurka dzieliło mnie zaledwie kilka kroków.
- Och, Laurka, skończyłyście już? Wiecie coś o tej podziemnej bibliotece? Wiesz, ja o niej już kiedyś słyszałam. Z miłą chęcią przeczytałabym jakąś książkę stamtąd.
W tej chwili chciałam zakleić jej usta taśmą, tak żeby nic nie mogła już powiedzieć. Razem z Iris starałyśmy się zataić przed Albertem dosłownie wszystko, ale ona postanowiła coś innego. Przez nią cała biblioteka wie co robiłyśmy. Spojrzałam za siebie. Iris stała niedaleko Alberta, który był nieco zdziwiony.
- Nic nie wyczytałyśmy. Oddajemy książki - powiedziałam.
Kobieta z Normadii roześmiała się i chwyciła lektury, które jej dałam.
- Pędzę je odłożyć!
- Do widzenia, proszę pani.
- Nie mów tak, czuję się staro. Jestem Willie - wyśpiewała i w podskokach zniknęła między regałami. Normandczycy byli bardzo wesołym narodem.
- Do zobaczenie, Albert! - krzyknęła Iris i ruszyła w stronę drzwi, po drodze chwytając mnie za rękaw.
- Jak on się zachowywał? - zapytałam.
- Całkiem dobrze, prócz tego, że wlepiał we mnie ślepia. To było dość... niepokojące.
- Połamania nóg - szepnęła Iris i lekko pchnęła mnie za drzwi wyjściowe. Znalazłam się przed domem dla Juniorów. W świecie ludzi był styczeń, więc w niektórych miejscach sypał śnieg. U nas było ciepło jak w czasie wiosny, ale krajobraz wyglądał jak zimowy. To przez ciepły magiczny pył imitujący śnieg, który też układał się w niesamowite wzory tworząc drobne śnieżynki.
Był wieczór, a temperatura szybko się obniżała. Przyspieszyłam poprawiając ciepłą kurtkę. Zauważyłam, że słońce już zachodzi. W końcu dotarłam przed fontannę, gdzie nie było Alberta. Usiadłam na ławce obok i czekałam. Mijały minuty, a słońce już zniknęło za horyzontem. Kiedy na niebie zobaczyłam księżyc i gwiazdy, a lampy zaczęły się świecić, usłyszałam zza siebie głos.
- Przepraszam za spóźnienie - powiedział Albert i obszedł ławkę w około. - Mam nadzieję, że nie czekałaś długo. - Usiadł koło mnie wyraźnie rozbawiony.
- Mogłam czekać dłużej - westchnęłam.
- Chciałaś coś ode mnie? - zapytał.
Jaką tu wymyślić wymówkę? Myśl, Laura...
- Muszę z tobą porozmawiać o Iris.
- O Iris? Tej z różowymi włosami?
- Teraz czerwonymi.
- Pozwól, że pierwszy ci coś powiem - kiwnęłam głową. - Uważam, że jest słodka.
Co on powiedział?
Spojrzałam na niego pytająco.
- Podoba mi się. Jest mądra, sympatyczna... Wiesz o co mi chodzi?
Oczywiście, że wiedziałam - chłopak, którego mamy śledzić zauroczył się w mojej przyjaciółce, a ja musiałam ciągnąć tę szopkę.
- Rozumiem cię - powiedziałam, patrząc w jego oczy. Miał piękne zielone tęczówki.- Ale nie jestem pewna czy ona czuje do ciebie to samo.
Oczy Alberta z zielonych zmieniły się na złote. Nie mogłam tego wytłumaczyć, ale widziałam, że był zły. Zamachnął się na mnie i uderzył w twarz. Poczułam okropny ból, miałam ochotę się rozpłakać. Byłam słaba, powinnam nie okazywać uczuć, żeby Albert był zadowolony.
Obraz wokół stawał się coraz bardziej niewyraźny i upadłam, gdy próbowałam uwolnić się od Juniora. Czułam, że jeśli mrugnę powiekami wszystkie łzy się uwolnią. Ale musiałam.
Dotknęłam policzka, który był mokry, drugi też. Po prostu musiałam zapłakać.
Podniosłam wzrok i spostrzegłam Alberta, który był coraz bliżej mnie. Dokładnie widziałam jego złote oczy, świecące się w blasku latarni.
- Pożałujecie. Ty i ona - warknął chłopak, kiedy się nade mną pochylił, żeby mnie znowu uderzyć. Zamknęłam oczy, myśląc, że to choć trochę pomoże.
Usłyszałam krzyk i poczułam jak zimny podmuch rozwiewa moje włosy.
- Wiedz, że jesteś ode mnie słabszy - krzyknął Ross, trzymając Alberta.
- Zostaw mnie, idioto!
- Nikt nie może jej zrobić krzywdy! Calum, pomóż mi!
Przed oczami zobaczyłam rudowłosego kolegę blondyna.
- Puszczajcie! - wrzasnął czarnowłosy i wyrwał się z ich uścisku. - Laura, ja cię naprawdę przepraszam. Nic ci nie jest? - zapytał. Po raz kolejny spojrzałam mu w oczy, tym razem zielone.
- Zostaw mnie. - Odtrąciłam jego rękę, a on kiwnął głową twierdząco. Odszedł w stronę domów dla Juniorów, a do mnie doskoczyli chłopcy.
- Co on ci zrobił? To wygląda strasznie.
- Miło, że mnie pocieszasz. Ała, nie dotykaj tego - syknęłam, gdy Ross dotknął mojego bolącego policzka.
- Gdzie jest pielęgniarka? - zapytał Caluma.
- Mieszka w zamku. Chodźcie.
- Alarm! - usłyszeliśmy, gdy podchodziliśmy do drzwi zamkowych.
- Laura! Chłopaki! - zawołała Iris, biegnąc w naszą stronę. - Szukałam cię.
- Co się stało? - zapytałam.
- Bibliotekarka nie żyje.
~~*~~*~~
Oto rozdział siódmy i pierwszy trup!
Jak mam być szczera - do ostatniej chwili sądziłam, że oszczędzę bibliotekarkę, ale cóż... to taki popychacz to następnych działań.
Nie mówię jednak, że to ostatnia zabita. To co się dzieje w Magicznej Strefie przyczyni się do większej liczby ofiar.
Rozdział ósmy napisany, ale muszę się jeszcze zabrać za dziewiątkę. Będzie to nieco trudne, bo cały mój czas zajmuje tworzenie nowej historii. Będzie w niej Raura, ale blog wystartuje dopiero pod koniec Tajemnic Awnas.
Tak jak zwykle podziękowania dla ponczka54, Karci Lynch i Verini, która zawsze sprawdza moje rozdziały.
Pozdrawiam, Anais
sobota, 14 lutego 2015
Rozdział 6
- Niedziela w Awnas to święty dzień. Podobno wtedy Matka Natura przemieniła ludzi w elfy, a oni stworzyli wejście do Magicznej Strefy. I właśnie dlatego w niedzielę każdy kto wejdzie do Awnas nie może pracować. To tyczy się też uczniów, a dla większości z nich nie jest to coś odmiennego. Jesteśmy do tego przyzwyczajeni, bo kiedy żyliśmy jak ludzie w soboty i niedziele też mieliśmy wolne. Ale w Awnas, wbrew pozorom jest trudniej, ponieważ czasami trzeba chodzić na wykłady w soboty. Aby istniała cienka linia między światem ludzi a Awnas, Europejczycy mieszkają na innym piętrze, a wykłady mają o innych godzinach. Tak samo mieszkańcy Azji, Australii, Arktyki oraz Afryki. Amerykanie zajmują najwyższe piętro - przeczytał nauczyciel historii. - Panie Lynch czy tylko na tyle pana stać?
- Niech nie ma mi pan za złe, ale uważam, że spisałem się bardzo dobrze - odpowiedział chłopak. Stał obok katedry, tuż przy nauczycielu, który sprawdzał jego zadanie na temat wolnych dni w Awnas.
- Panie Lynch, dam panu dostateczną ocenę. Nie napisał pan tego tak wybitnie jak panna Caroll - westchnął profesor uśmiechając się do jedenastostronnicowej pracy Iris.
Naburmuszony Ross wrócił na swoje miejsce. Spojrzałam na niego. Dokładnie widziałam jak chowa ręce do kieszeni, a w niej coś ściska. Chłopak zamknął oczy i usłyszałam pisk wykładowcy. Przeniosłam wzrok na biurko i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Było pewne, że głupi Lynch jakoś się odegra, ale nie aż tak!
- Panie profesorze, niech się pan uspokoi - krzyknęła Iris i zbiegła do nauczyciela. Stanęła koło niego i przymknęła oczy. Pewnie starała się ugasić ogień na marynarce nauczyciela, ale jej się to nie udało. Ross wybuchł śmiechem. Czy przytrzymywał Urok?
- Niech ktoś pobiegnie po nauczycieli! - krzyczała Isia, próbując ugasić mały pożar.
Zaczęłam wstawać, ale wyprzedził mnie Albert, który już stał przy drzwiach. Kiedy chłopak wyszedł Iris znowu spróbowała ugasić ogień, który teraz, gdy nauczyciel ściągnął marynarkę, rozprzestrzeniał się w zabójczym tempie. Ale tym razem dziewczynie się udało. Spojrzałam na Rossa, który nadal miał zamknięte oczy. Czyli on tego nie wymyślił... Nie umieliśmy jeszcze panować nad magią z otwartymi oczami. Brzmi to śmiesznie, ale łatwiej jest się nam skupić, gdy mamy chociaż przymróżone powieki. Żeby zdjąć zaklęcie Ross musiałby otworzyć oczy. Proste? Nie tak bardzo...
- Co tu się dzieje? - krzyknęła niziutka, pulchna kobieta, którą kojarzyłam z przechadzek po korytarzach.
- Co się panu stało, panie Anderson? - zapytała, patrząc na lekko zwęglonego profesora.
- Już nic, naprawdę nic. Jestem tylko w lekkim szoku - wytłumaczył mężczyzna.
- Zaprowadzę pana do pielęgniarki. Urok panu pomoże - oznajmiła Iris i pomogła wykładowcy wstać z krzesła. Po chwili zniknęła z nim za drzwiami.
- Co tak właściwie się stało? - zapytała dziewczyna siedząca przede mną. Sama nie wiedziałam dokładnie kiedy ktoś "podpalił" profesora.
Rozejrzałam się po sali. Ross nadal siedział na swoim miejscu, Albert stał przy drzwiach, a Iris przyglądała się marynarce, którą wykładowca zostawił na biurku.
- Mamy wolne? - zapytał ktoś. Jak na zawołanie Juniorzy zaczęli składać swoje rzeczy i rozmawiać. Nie byłam zdolna do jakiegokolwiek ruchu. To nie był przypadek, ktoś celowo chciał się pozbyć Andersona. Ale dlaczego?
Delikatnym ruchem dłoni przywołałam do siebie Iris. Usiadła na krześle obok mnie i razem czekałyśmy aż osiemnastolatkowie wyjdą.
- Ktoś bardzo zdolny to zrobił - stwierdziłam, gdy upewniłam się, że jesteśmy same. Teraz nie był czas na rozmowy w pokoju.
- Utrzymywał ogień. Poza tym, jeszcze niczego się nie nauczyliśmy. Sama teoria i niewidzialność. - Iris poprawiła czerwone włosy.
- Dobrze wiesz jak wygląda władza nad Urokiem... - zaczęłam, ale dziewczyna mi przerwała.
- Wiem - powiedziała, dając mi do zrozumienia, że takie rozmówki nic nie dadzą. Panowanie nad Urokiem rzeczywiście jest łatwe, ale najpierw on musi się do nas przyzwyczaić. Dlatego tu jesteśmy - żeby nie zdarzały się wpadki z niewykorzystaniem mocy.
- Musimy działać? - zapytałam. Iris kiwnęła głową. Tego się obawiałam...
Spotkanie z Albertem zbliżało się wielkimi krokami. Ze współlokatorką dokładnie przemyślałyśmy co będę robić, jak się zachowywać, ale gdy tylko stanę przed chłopakiem nie będę nic pamiętać. Jestem tego pewna.
Zaczynam sądzić, że lepszy pomysł miał Ross. Może gdyby udawał przyjaciela Donka...
- A gdzie uczniowie? - krzyknęła zszokowana kobieta, która weszła do sali.
- Wyszli, proszę pani.
- Ale ja miałam poprowadzić zastępstwo za pana Andersona - odpowiedziała dziwnie piskliwym głosem. Była młoda, ale przerażająco chuda, co z pewnością dodawało jej lat. W oczy rzuciły mi się złote wzory nad jej lewą brwią, nie przysłoniętą kolorowymi włosami.
- Jestem tutaj od niedawna. Dopiero co przyjechałam z Normadii. Ciągle pracuję w bibliotece... - Naprawdę nie interesowało mnie to co mówi ta dziwna kobieta. Zaraz, ale czy ona powiedziała, że pracuje w...
- W bibliotece? - zapytała zaciekawiona Iris.
- Oczywiście, że w bibliotece. - Kolorowowłosa uśmiechnęła się szeroko, ukazując szereg białych zębów. Byłam ciekawa co takiego zrobiła, że tak wygląda. Czy to jakaś moda z północnej magicznej strefy?
- A czy mogłaby nas pani zaprowadzić? Szukamy kilku książek...
- Moje złotka, oczywiście! Chodźcie za mną! - wypiszczała i wyszła z klasy, nie interesując się tym, że amerykańscy Juniorzy uciekli z lekcji.
- Będzie ok - powiedziała Isia i pociągnęła mnie za ramię.
Kiedy dogoniłyśmy kobietę musiałyśmy wejść po krętych schodach na jedno z wyższych pięter budynku uczelnianego. Na końcu korytarza znalazłyśmy ogromne drewniane drzwi.
Normadka wyciągnęła z rozkloszowanej sukni pęk kluczy. Już po chwili usłyszałyśmy cichy zgrzyt i zostałyśmy wprowadzone do biblioteki.
- Czego szukacie, skarbki? - zapytała.
- Jest tu coś o podziemnej bibliotece Awnas? - zapytałam, zanim Iris zdołała otworzyć usta.
- Czyli interesuje was historia? Chyba coś mam, złociutkie... - powiedziała, a chwilę potem siedziałyśmy przy wielkim stole zawalonym ciężkimi księgami.
- Niech nie ma mi pan za złe, ale uważam, że spisałem się bardzo dobrze - odpowiedział chłopak. Stał obok katedry, tuż przy nauczycielu, który sprawdzał jego zadanie na temat wolnych dni w Awnas.
- Panie Lynch, dam panu dostateczną ocenę. Nie napisał pan tego tak wybitnie jak panna Caroll - westchnął profesor uśmiechając się do jedenastostronnicowej pracy Iris.
Naburmuszony Ross wrócił na swoje miejsce. Spojrzałam na niego. Dokładnie widziałam jak chowa ręce do kieszeni, a w niej coś ściska. Chłopak zamknął oczy i usłyszałam pisk wykładowcy. Przeniosłam wzrok na biurko i nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Było pewne, że głupi Lynch jakoś się odegra, ale nie aż tak!
- Panie profesorze, niech się pan uspokoi - krzyknęła Iris i zbiegła do nauczyciela. Stanęła koło niego i przymknęła oczy. Pewnie starała się ugasić ogień na marynarce nauczyciela, ale jej się to nie udało. Ross wybuchł śmiechem. Czy przytrzymywał Urok?
- Niech ktoś pobiegnie po nauczycieli! - krzyczała Isia, próbując ugasić mały pożar.
Zaczęłam wstawać, ale wyprzedził mnie Albert, który już stał przy drzwiach. Kiedy chłopak wyszedł Iris znowu spróbowała ugasić ogień, który teraz, gdy nauczyciel ściągnął marynarkę, rozprzestrzeniał się w zabójczym tempie. Ale tym razem dziewczynie się udało. Spojrzałam na Rossa, który nadal miał zamknięte oczy. Czyli on tego nie wymyślił... Nie umieliśmy jeszcze panować nad magią z otwartymi oczami. Brzmi to śmiesznie, ale łatwiej jest się nam skupić, gdy mamy chociaż przymróżone powieki. Żeby zdjąć zaklęcie Ross musiałby otworzyć oczy. Proste? Nie tak bardzo...
- Co tu się dzieje? - krzyknęła niziutka, pulchna kobieta, którą kojarzyłam z przechadzek po korytarzach.
- Co się panu stało, panie Anderson? - zapytała, patrząc na lekko zwęglonego profesora.
- Już nic, naprawdę nic. Jestem tylko w lekkim szoku - wytłumaczył mężczyzna.
- Zaprowadzę pana do pielęgniarki. Urok panu pomoże - oznajmiła Iris i pomogła wykładowcy wstać z krzesła. Po chwili zniknęła z nim za drzwiami.
- Co tak właściwie się stało? - zapytała dziewczyna siedząca przede mną. Sama nie wiedziałam dokładnie kiedy ktoś "podpalił" profesora.
Rozejrzałam się po sali. Ross nadal siedział na swoim miejscu, Albert stał przy drzwiach, a Iris przyglądała się marynarce, którą wykładowca zostawił na biurku.
- Mamy wolne? - zapytał ktoś. Jak na zawołanie Juniorzy zaczęli składać swoje rzeczy i rozmawiać. Nie byłam zdolna do jakiegokolwiek ruchu. To nie był przypadek, ktoś celowo chciał się pozbyć Andersona. Ale dlaczego?
Delikatnym ruchem dłoni przywołałam do siebie Iris. Usiadła na krześle obok mnie i razem czekałyśmy aż osiemnastolatkowie wyjdą.
- Ktoś bardzo zdolny to zrobił - stwierdziłam, gdy upewniłam się, że jesteśmy same. Teraz nie był czas na rozmowy w pokoju.
- Utrzymywał ogień. Poza tym, jeszcze niczego się nie nauczyliśmy. Sama teoria i niewidzialność. - Iris poprawiła czerwone włosy.
- Dobrze wiesz jak wygląda władza nad Urokiem... - zaczęłam, ale dziewczyna mi przerwała.
- Wiem - powiedziała, dając mi do zrozumienia, że takie rozmówki nic nie dadzą. Panowanie nad Urokiem rzeczywiście jest łatwe, ale najpierw on musi się do nas przyzwyczaić. Dlatego tu jesteśmy - żeby nie zdarzały się wpadki z niewykorzystaniem mocy.
- Musimy działać? - zapytałam. Iris kiwnęła głową. Tego się obawiałam...
Spotkanie z Albertem zbliżało się wielkimi krokami. Ze współlokatorką dokładnie przemyślałyśmy co będę robić, jak się zachowywać, ale gdy tylko stanę przed chłopakiem nie będę nic pamiętać. Jestem tego pewna.
Zaczynam sądzić, że lepszy pomysł miał Ross. Może gdyby udawał przyjaciela Donka...
- A gdzie uczniowie? - krzyknęła zszokowana kobieta, która weszła do sali.
- Wyszli, proszę pani.
- Ale ja miałam poprowadzić zastępstwo za pana Andersona - odpowiedziała dziwnie piskliwym głosem. Była młoda, ale przerażająco chuda, co z pewnością dodawało jej lat. W oczy rzuciły mi się złote wzory nad jej lewą brwią, nie przysłoniętą kolorowymi włosami.
- Jestem tutaj od niedawna. Dopiero co przyjechałam z Normadii. Ciągle pracuję w bibliotece... - Naprawdę nie interesowało mnie to co mówi ta dziwna kobieta. Zaraz, ale czy ona powiedziała, że pracuje w...
- W bibliotece? - zapytała zaciekawiona Iris.
- Oczywiście, że w bibliotece. - Kolorowowłosa uśmiechnęła się szeroko, ukazując szereg białych zębów. Byłam ciekawa co takiego zrobiła, że tak wygląda. Czy to jakaś moda z północnej magicznej strefy?
- A czy mogłaby nas pani zaprowadzić? Szukamy kilku książek...
- Moje złotka, oczywiście! Chodźcie za mną! - wypiszczała i wyszła z klasy, nie interesując się tym, że amerykańscy Juniorzy uciekli z lekcji.
- Będzie ok - powiedziała Isia i pociągnęła mnie za ramię.
Kiedy dogoniłyśmy kobietę musiałyśmy wejść po krętych schodach na jedno z wyższych pięter budynku uczelnianego. Na końcu korytarza znalazłyśmy ogromne drewniane drzwi.
Normadka wyciągnęła z rozkloszowanej sukni pęk kluczy. Już po chwili usłyszałyśmy cichy zgrzyt i zostałyśmy wprowadzone do biblioteki.
- Czego szukacie, skarbki? - zapytała.
- Jest tu coś o podziemnej bibliotece Awnas? - zapytałam, zanim Iris zdołała otworzyć usta.
- Czyli interesuje was historia? Chyba coś mam, złociutkie... - powiedziała, a chwilę potem siedziałyśmy przy wielkim stole zawalonym ciężkimi księgami.
~~*~~*~~
Cześć!
Jak widzicie, jest to już szósty rozdział Tajemnic Awnas. Cóż, żadna jeszcze nie jest rozwiązana, a ja dodaje nowe. Tylko ja i Verini wiemy co rzeczywiście się stało.
Jedenaście stron wypracowania - takie coś zdarzyło się naprawdę. Jest to hołd w stronę mojego opowiadania i postaci rozhisteryzowanego centaura z kompleksem niższości gatunkowej.
Tradycyjnie podziękowania dla komentujących, czyli Karci, ponczka i Verini, która, tak jak zawsze, sprawdziła rozdział. Wiem, że rozdziały są krótkie i nieco nierozgarnięte, ale nie chcę Wam zdradzać wszystkiego. Poza tym pisze wszystko na telefonie.
Myślę, że rozdział siódmy będzie niezłym zaskoczeniem. W sekrecie powiem, że wystąpi tam Calum, jako "pomocnik" Rossa w pewnej sprawie. Verini - cisza!
Bardzo dziękuję za to, że wchodzicie i pobiliście 1000 wyświetleń!
Bardzo dziękuję za to, że wchodzicie i pobiliście 1000 wyświetleń!
sobota, 7 lutego 2015
Rozdział 5
Zmęczenie dawało się we znaki chociaż dopiero wstałam z łóżka. Nie było to dziwne, ponieważ spać poszłam po północy. Godziny rozmowy z Iris przemijały jak minuty, a minuty jeszcze szybciej. Dzięki temu pomogłyśmy sobie nawzajem.
- Iris! - wrzasnęłam do ucha dziewczyny. Różowowłosa aż podskoczyła.
- Czemu tak krzyczysz? - zapytała, przecierając oczy.
- Za chwilę mamy kurs uroku. - przypomniałam. Isia powoli wyszła z łóżka.
- Mamy dziesięć minut.
I wtedy zaczęło się prawdziwe szaleństwo...
Moja, em... uznajmy, że przyjaciółka, biegała od szafy do łazienki. Jedną z wielu rzeczy, których nauczył ją wujek, definitywnie było to, że do wiedzy musi się spieszyć. Iris, oczywiście, to zapamiętała i po prawie pięciu minutach stała przy mnie, gotowa do wyjścia.
- Laura, musimy dzisiaj napisać list do rady.
- Jak tylko skończymy zajęcia - stwierdziłam, a różowowłosa przyznała mi rację.
- Caroll, przyjdź do mnie!
Iris wstała ze starego krzesła i podeszła do katedry, na której stał starszy mężczyzna.
- Zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś nie widzialna.
Dziewczyna zrobiła to co kazał wykładowa. Po dwóch godzinach teoretycznych zajęć na temat znikania z użyciem uroku, przyszedł czas na praktykę. Większość naszych nauczycieli od razu pokochało Iris. Była najlepszą uczennicą na naszym roku.
Widać było skupienie na twarzy różowowłosej. Przez kilka sekund stała obok katedry, a w końcu zniknęła. Wszyscy, włącznie z nauczycielem, wpatrywaliśmy się w miejsce, gdzie przed chwilą stała moja przyjaciółka.
- Iris! - zawołał wykładowca. - Pokaż się!
Poczułam jak ktoś dotyka moje ramię.
- To ja... - szepnęła Isia. - Mam tu coś.
- Iris! - nauczyciel denerwował się coraz bardziej.
- Tutaj jestem, profesorze - powiedziała dziewczyna i pojawiła się koło elfa. Mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony.
- Panno Caroll, dlaczego masz czerwone włosy? - zapytał.
- Mała zmiana... Czy mogę już usiąść?
Nauczyciel kiwnął głową, a Iris odwróciła się w moją stronę. Wskazała palcem na podłogę i powoli zaczęła wracać na swoje miejsce. Spojrzałam na posadzkę i zobaczyłam pęk kluczy. Rozglądnęłam się po sali, ale dla pewnosci zrzuciłam jedną ze książek. Gdy upadła schyliłam się, a klucze rzuciłam na kolana.
- Co to było? - zapytał Ross, który siedział po mojej prawej stronie.
- Nieważne - stwierdziłam i schowałam klucze do kieszeni.
- Tak właśnie wygląda znikanie za pomocą uroku. Gratulacje dla panny Caroll. Czy ktoś jeszcze chce spróbować?
- Co to za klucze? - zapytałam, gdy tylko weszłyśmy do pokoju.
- Skopiowałam te z biurka wykładowcy, kiedy byłam niewidzialna. Popatrz na to - powiedziała i wskazała na jeden z kluczyków.
- Podziemna biblioteka?
- Tak, wujek mówił, że pod Awnas istnieje wielka sala, w której książki i pamiątki są zbierane od początku.
- Czyli?
- Może przeszłość ma jakiś związek z Albertem.
- Nie wątpie, ale kiedy to możemy zrobić?
- Jutro idziesz na randkę, prawda?
- To nie jest randka - wtrąciłam.
- Prawda - Iris puściła mimo uszu moją uwagę. - Popatrz mu w oczy, sprawdź jak się zachowuje.
Usłyszałyśmy ciche pukanie. Iris podeszła do okna i otworzyła je. Do naszego pokoju wleciała śnieżnobiała sowa.
- Ona ma list - powiedziała dziewczyna i wyciągnęła kartkę z dzioba sówki.
- To tak jak w "Harrym Potterze"?
Iris kiwnęła głową.
- Może radzie tak bardzo spodobały się sowy z książki, że postanowili dodać je do naszego świata? - zaproponowała i zaczęła otwierać list. Przełamała ciemnoczerwoną pieczęć i wyciągnęła kartkę.
- Przeczytaj - poprosiłam.
- Szanowne panie Caroll i Marano oraz panie Lynch! Rada czeka na list od Was już od kilku dni. Czy naprawdę nic się nie dowiedzieliście? Pamiętajcie, że macie niecałe trzy miesiące na odkrycie tajemnic pana Donk. Wierzymy, że się państwu uda jednak prosimy o wysłanie listu z odpowiedzią, co się stało i czy już coś wiecie?
Rada.
Między nami zapadła głucha cisza.
- Czyli mamy napisać list? - w końcu przerwałam milczenie.
- Myślę, że tak.
- A Ross? - zapytałam. Iris zamyśliła się chwilę.
- Myślę, że pominiemy ten wątek. Na razie będziemy go mieć na oku. Tylko tyle.
~~*~~*~~
Witajcie!
Piąty rozdział już za Wami jak sądzę. Jak się podobał?
Poznajecie coraz więcej tajemnic Awnas, które musi rozwiązać Laura, Iris i Ross. Ale jak widzicie, Ross nadal jest obrażony i ani myśli przeprosić dziewczyn. Już mam pomysł co się stanie, ale odpowiedź na to poznacie za dwa, trzy rozdziały.
Tradycyjnie podziękowania: dla Verini za sprawdzenie rozdziału oraz dla komentujących.
Rozdział szósty już sprawdzony, ale pojawi się dopiero, gdy napiszę siódemkę.
Pozdrawiam, Anais
- Iris! - wrzasnęłam do ucha dziewczyny. Różowowłosa aż podskoczyła.
- Czemu tak krzyczysz? - zapytała, przecierając oczy.
- Za chwilę mamy kurs uroku. - przypomniałam. Isia powoli wyszła z łóżka.
- Mamy dziesięć minut.
I wtedy zaczęło się prawdziwe szaleństwo...
Moja, em... uznajmy, że przyjaciółka, biegała od szafy do łazienki. Jedną z wielu rzeczy, których nauczył ją wujek, definitywnie było to, że do wiedzy musi się spieszyć. Iris, oczywiście, to zapamiętała i po prawie pięciu minutach stała przy mnie, gotowa do wyjścia.
- Laura, musimy dzisiaj napisać list do rady.
- Jak tylko skończymy zajęcia - stwierdziłam, a różowowłosa przyznała mi rację.
- Caroll, przyjdź do mnie!
Iris wstała ze starego krzesła i podeszła do katedry, na której stał starszy mężczyzna.
- Zamknij oczy i wyobraź sobie, że jesteś nie widzialna.
Dziewczyna zrobiła to co kazał wykładowa. Po dwóch godzinach teoretycznych zajęć na temat znikania z użyciem uroku, przyszedł czas na praktykę. Większość naszych nauczycieli od razu pokochało Iris. Była najlepszą uczennicą na naszym roku.
Widać było skupienie na twarzy różowowłosej. Przez kilka sekund stała obok katedry, a w końcu zniknęła. Wszyscy, włącznie z nauczycielem, wpatrywaliśmy się w miejsce, gdzie przed chwilą stała moja przyjaciółka.
- Iris! - zawołał wykładowca. - Pokaż się!
Poczułam jak ktoś dotyka moje ramię.
- To ja... - szepnęła Isia. - Mam tu coś.
- Iris! - nauczyciel denerwował się coraz bardziej.
- Tutaj jestem, profesorze - powiedziała dziewczyna i pojawiła się koło elfa. Mężczyzna spojrzał na nią zdziwiony.
- Panno Caroll, dlaczego masz czerwone włosy? - zapytał.
- Mała zmiana... Czy mogę już usiąść?
Nauczyciel kiwnął głową, a Iris odwróciła się w moją stronę. Wskazała palcem na podłogę i powoli zaczęła wracać na swoje miejsce. Spojrzałam na posadzkę i zobaczyłam pęk kluczy. Rozglądnęłam się po sali, ale dla pewnosci zrzuciłam jedną ze książek. Gdy upadła schyliłam się, a klucze rzuciłam na kolana.
- Co to było? - zapytał Ross, który siedział po mojej prawej stronie.
- Nieważne - stwierdziłam i schowałam klucze do kieszeni.
- Tak właśnie wygląda znikanie za pomocą uroku. Gratulacje dla panny Caroll. Czy ktoś jeszcze chce spróbować?
- Co to za klucze? - zapytałam, gdy tylko weszłyśmy do pokoju.
- Skopiowałam te z biurka wykładowcy, kiedy byłam niewidzialna. Popatrz na to - powiedziała i wskazała na jeden z kluczyków.
- Podziemna biblioteka?
- Tak, wujek mówił, że pod Awnas istnieje wielka sala, w której książki i pamiątki są zbierane od początku.
- Czyli?
- Może przeszłość ma jakiś związek z Albertem.
- Nie wątpie, ale kiedy to możemy zrobić?
- Jutro idziesz na randkę, prawda?
- To nie jest randka - wtrąciłam.
- Prawda - Iris puściła mimo uszu moją uwagę. - Popatrz mu w oczy, sprawdź jak się zachowuje.
Usłyszałyśmy ciche pukanie. Iris podeszła do okna i otworzyła je. Do naszego pokoju wleciała śnieżnobiała sowa.
- Ona ma list - powiedziała dziewczyna i wyciągnęła kartkę z dzioba sówki.
- To tak jak w "Harrym Potterze"?
Iris kiwnęła głową.
- Może radzie tak bardzo spodobały się sowy z książki, że postanowili dodać je do naszego świata? - zaproponowała i zaczęła otwierać list. Przełamała ciemnoczerwoną pieczęć i wyciągnęła kartkę.
- Przeczytaj - poprosiłam.
- Szanowne panie Caroll i Marano oraz panie Lynch! Rada czeka na list od Was już od kilku dni. Czy naprawdę nic się nie dowiedzieliście? Pamiętajcie, że macie niecałe trzy miesiące na odkrycie tajemnic pana Donk. Wierzymy, że się państwu uda jednak prosimy o wysłanie listu z odpowiedzią, co się stało i czy już coś wiecie?
Rada.
Między nami zapadła głucha cisza.
- Czyli mamy napisać list? - w końcu przerwałam milczenie.
- Myślę, że tak.
- A Ross? - zapytałam. Iris zamyśliła się chwilę.
- Myślę, że pominiemy ten wątek. Na razie będziemy go mieć na oku. Tylko tyle.
~~*~~*~~
Witajcie!
Piąty rozdział już za Wami jak sądzę. Jak się podobał?
Poznajecie coraz więcej tajemnic Awnas, które musi rozwiązać Laura, Iris i Ross. Ale jak widzicie, Ross nadal jest obrażony i ani myśli przeprosić dziewczyn. Już mam pomysł co się stanie, ale odpowiedź na to poznacie za dwa, trzy rozdziały.
Tradycyjnie podziękowania: dla Verini za sprawdzenie rozdziału oraz dla komentujących.
Rozdział szósty już sprawdzony, ale pojawi się dopiero, gdy napiszę siódemkę.
Pozdrawiam, Anais
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)